|
Łódź, 27.11.2011 r. niedziela W niedziele spędzane w tym paskudnym, brudno-szarym, pustym i nieludzkim mieście (gdzie to, że za oknem mam ładną jarzębinę jest niemożliwym przypadkiem, a że sąsiadka miła - złudzeniem) lubię spokonie pomyśleć. W niedzielne poranki przy kawie, którą robię sobie sama, bo przecież wszystkie fancy knajpy są zamknięte, lubię leniwie zbierać refleksje z minionych zdarzeń. Zawsze sporo jeździłam pomiędzy miastami, ostatnio jednak za sprawą fali Obywateli Kultury i miejsko-kulturalnych kongresów, uprawiam intensywnie swoisty kongresowy nomadyzm, spotykając podobnych mi nomadów z innych miast. Śledzę myślowe ścieżki tej fascynującej, doraźnej zbiorowości. Zbiorowość jest sobie coraz bliższa i pełna wzajemnej życzliwości, ale przy roztrząsaniu szczegółów zawsze uwidacznia się (choć nigdy w konflikcie) różnica perspektyw lokalnych i sytuacji Polski A i B. Wydawało się nawet przez moment, że miasta Polski „gorszej” zewrą ściślej szeregi, by tworzyć kooperatywy pomagające wydźwignąć się wspólnie. Gdzieś to się jednak zagubiło. Śledzę rozmowy tej zbiorowości i czepiam się niuansów, szczególnie tych dotyczących adoptowanego przeze mnie miasta. Wiele było miast określanych w odwiecznych żartach jako dupa tego kraju. Teraz jednak dla Katowic widzi się szansę, Bydgoszcz sama sobie tę szansę dała, podobnie jak Lublin. A co z szansą dla Łodzi? Wobec tego pytania następują przezabawne grymasy i niezręczne przemilczenia, żeby nie powiedzieć czegoś przykrego, ale prawda jest przecież taka, że tutaj znowu się coś nie udało. W którym miejscu zakodowana jest porażka? A może należy przeformułować pytanie. Nie – czy dla Łodzi naprawdę nie ma już szans? Ale – kto twierdzi, że dla Łodzi nie ma już szans? Wynik – Marek Żydowicz i jakieś 80% łódzkiej populacji. Oraz, jak się okazuje – pół Polski, bo drugie pół w ogóle nie dosięga tego obszaru refleksją. Jedynie władze miasta (na poziomie deklaratywnym) wciąż widzą możliwości, więc wyciągają kolejne szanse z kapelusza pełnego białych królików. Każde kolejne władze. W tym miejscu powinnam przywołać szereg tchnących nadzieją przykładów miast-fantazmatów na dowód, że można podnieść się wbrew wszystkiemu (Lille, Bilbao czy moja ulubiona Bogota). Ale coś w tym zagadnieniu jest organicznie nie tak. W momentach, kiedy wychodzę na chwilę ze stanu znaturalizowania tutejszej przestrzeni i sytuacji, kiedy znów wracam skądś, gdzie Łódź w świadomości leży dalej niż Moskwa, nie mogę się nadziwić. Mam chwile kompletnego zawieszenia, dogłębnej zapaści w zdziwieniu, zdumieniu, a jednocześnie buncie i nieakceptacji tego, jak można wyprzeć miasto, całe, kurna, miasto, ze świadomości społeczeństwa. Przypominam sobie odebraną warszawsko-pomorską edukację i uświadamiam, na jak bardzo podstawowych poziomach leży to wyparcie. Na tyle jest głębokie, że kiedy tłumaczę, że nie jestem z Łodzi, że się tu sprowadziłam i dobrowolnie zostałam, zarówno niełodzianie jak i łodzianie reagują czasem nie tylko zdziwieniem, ale wręcz pretensją... Kongresowy sezon rozpoczął się w czerwcu od Kongresu Ruchów Miejskich w Poznaniu. Rzeczywiście dość bezprecedensowe, partyzanckie wydarzenie, zakończyło się stworzeniem (w bólu wypracowanych) 9 tez miejskich i apelem o solidarność miast. Apel zaś sformułowany został z Łodzią w charakterze soczewki. Nie wszyscy chcieli go podpisać, o co nie można mieć pretensji. Problem polega na tym, że nie wszyscy jednakowo zrozumieli jego przesłanie. Uznano na przykład, że przywołanie konkretnego miasta przeczy idei solidarności, a nieszczęsnej Łodzi grozi "pozytywną dyskryminacją" i kolejnym stygmatem (Paweł Kubicki, Miasto to codzienny nieustający plebiscyt, przedostatni akapit). Nic takiego nie nastąpiło, z tego prostego względu, że stygmatyzacja już wcześniej posunięta była do granic. Jeśli chodzi o ideę twórców apelu, to trafniejszą intuicję miał raczej Krzysztof Nawratek (O miasta nasze codzienne). Nie, nie było to zawołanie o narodowy program ratowania Łodzi, tylko w pierwszej kolejności o równe traktowanie na poziomie strategicznym, finansowym i symbolicznym (sama miałam wrażenie, że brzmi to trochę głupio, ale kiedy patrzę na te wszystkie diagnozy, strategie i stare mapy pogody, mam wrażenie, że sprowadziłam się do miasta, które nie istnieje, a ostatnio co najwyżej migocze). Minęło kilka miesięcy, odbyły się kolejne kongresy, w tym kulturalno-regionalny dla województwa łódzkiego, po kórym wciąż nie wiem, co czuć i Europejski, z którego nic nie wynikło, ale przynajmniej znów mogliśmy się spotkać. W drugiej połowie listopada, niedługo przed zbliżającym się, świetnie rokującym, poznańskim kongresem kultury, ukazał się artykuł pana Danielewskiego z tamtejszej Wyborczej, który drżąc nad stanem Poznania przestrzega przed staniem się "miastem odpadem, czarną dziurą na peryferiach nowoczesności", bo to przecież możliwe, bo są już takie miasta na mapie Polski. Wszystkie te miasta nazywają się Łódź. "Tam nawet ludzie wyglądają inaczej. W ciuchach jak z fotografii z lat 90., przygarbieni, z desperacją i wkurzeniem w oczach, odgrywający codzienny życiowy survival albo hedonistyczną jazdę bez trzymanki. (...) Wiem, o czym mówię - przez 20 lat mieszkałem w miasteczku nieopodal i obserwowałem postępujący rozkład na własne oczy. Rozpad infrastruktury, zagubienie, nerwową szamotaninę, by wyrwać się z potrzasku, codzienną przemoc na głównej ulicy i, nawet jak na Polskę, przerażający rozkwit antysemityzmu i bezinteresownej nienawiści." (Zresztą końcówka cytatu zadziwiająco przypomina moje doświadczenia warszawskie). Z kolei w wypiękniałej Bydgoszczy (zwanej kiedyś na Pomorzu Brzydgoszczą) do łódzkiej Golgoty kamieni obficie dosypuje teraz Żydowicz (zasługujący na osobną analizę) prezentując wszem i wobec wizję zdegenerowanej jednostki miejskiej, która puściła go z torbami (cudny wywiad dla B4mag). Oczywiście żale te niepozbawione są pewnej słuszności, zagrania Urzędu Miasta trudno zrozumieć i rozpracować, miasto od lat potwierdza sławę niepewnego partnera do czegokolwiek. Ale wszystko zbyt łatwo przedstawia się tu w jednostronny sposób, bo dyskusja o wieloaspektowej sytuacji EC1 i Nowym Centrum rozgrywa się tylko w wąskich kręgach (ostatnio na FB utworzono zbierającą informacje i głosy grupę Żądamy prawdziwej debaty społecznej wokół NCŁ). A kwestia jest wbrew pozorom krajowa. Żeby było jasne – nie snuję teorii spiskowych, nie mam pretensji do przedstawicieli mediów poszczególnych miast, ani do mieszkańców, ani do samych miast. To, co usiłuję opisać, to najlepszy symptom wciąż utrzymującej się sytuacji kryzysowej międzymiejskiej rywalizacji, w której ewolucja jest tylko aspektem strategii przetrwania, a ta wpisany ma w siebie mechanizm łańcucha pokarmowego. Łódź jest na końcu tego łańcucha, tutaj się nie pisze, że gdzieś jest gorzej. Po hurraoptymizmie zintegrowanych symbolicznie miast polskich, które solidarnie sprzeciwiły się podsycaniu niezdrowej konkurencji pomiędzy nimi (przez politykę państwową, czy raczej jej brak, przez koncepcje typu konkurs ESK), niepostrzeżenie wracamy w dawne tryby. Przysłuchując się dalej nomadycznym rozmowom międzymiejskim odnoszę też wrażenie, że gdzieś tam (za górami i lasami) leży Wrocław, który na potężnej fali własnej hossy nie wywiązuje się z danych obietnic i zobowiązań wobec innych miast (chodzi znów głównie o ESK) i staje się bardziej niż dotąd sama Warszawa metaforą "nieosiągalnego", a jednocześnie braku wszechstronnych działań państwa na rzecz pobudzonej energii, której trudno się konkretyzować bez strukturalnego wsparcia. Wrocław, podziwiany lub nienawidzony za to domniemane "wypięcie", jest dla Polski mniej więcej tak reprezentatywny jak Manufaktura dla Łodzi. Zwrócono mi uwagę, że nie może być żadnego łańcucha pokarmowego, że miasta nie pożerają się przecież wzajemnie. Metaforę można zamienić na łagodniejsze sformułowanie – łańcuch konsumencki, ale wtedy zaczniemy rozmawiać o pieniądzach, a nie tylko o nie chodzi. Konkurencyjność ma dwa oblicza: korporacyjne, z którym spotykamy się przy okazji omawiania strategii rozwoju i dyskryminacyjne, kóre słyszy się raczej na ulicach i wynosi z domu. Obydwa w przedziwny sposób mieszają się i wzajemnie napędzają, są hierarchizujące i wykluczające. Oczywiście kpię tutaj trochę, przesadzam, prezentuję powierzchowny ogląd rzeczy. Wszystko to jednak wydaje się bardzo niepokojące – brniemy w postępujące rozwarstwienie. Konieczne w ostatnich miesiącach skupienie na sobie (kongresy, strategie, budżety) może mieć zgubne efekty bez wyciągnięcia wniosków na poziomie ogólnym. Poza tym, uważajmy na swoje lokalne patriotyzmy, bo w każdym mieście (również tym, w którym to piszę) zaczyną niebezpiecznie ocierać się o lokalne nacjonalizmy. Wyważajmy wypowiedzi i działania, nie reprodukujmy retoryki konkurencyjności. To właśnie moje niedzielne przesłanie do wszystkich mieszczuchów tego kraju. Marta Madejska Tekst apelu o solidarność miast: My, uczestnicy i uczestniczki Kongresu Ruchów Miejskich w Poznaniu, mieszkańcy i mieszkanki polskich miast deklarujemy międzymiejską solidarność. Nie zgadzamy się na podsycanie konkurencji między miastami. Mamy wspólne problemy i jesteśmy gotowi wypracowywać wspólne rozwiązania. Zjawiskiem, które szczególnie nas niepokoi jest systematyczne pomijanie w strategiach na poziomie kraju jednego z największych polskich miast – Łodzi. Tak jak Karta Lipska czyni rewitalizację jednym z dwóch podstawowych postulatów, tak polityka miejska w Polsce powinna uwzględnić rewitalizację obszarów problemowych jako jedno z podstawowych zadań. Zmiana stosunku do problemów Łodzi może być punktem zwrotnym w myśleniu o polityce miejskiej w ogóle. W Łodzi ogniskują się negatywne konsekwencje zaniedbań epoki polskiej transformacji: bezrobocie, rozpad tkanki miejskiej, enklawy ubóstwa, brak współpracy administracji miejskiej ze wspólnotami lokalnymi. Doceniając ogromny pozytywny potencjał rozwojowy polskich miast, jednocześnie domagamy się uwzględnienia w strategiach rozwoju kraju miast i obszarów wykluczonych. Chcemy polityki solidarności społecznej – wewnątrz i między miastami. Marta Madejska - (prawie) absolwentka kulturoznawstwa, studentka socjologii. Z pochodzenia i urodzenia warszawianka, wychowywana w pomorskim miasteczku Bytowie, zamieszkała, pracująca i działająca w Łodzi. Członkini Stowarzyszenia Topografie.
|