|
Tym razem zaczęło się właściwie „gabinetowo". Książki, czasopisma, fotografie, archiwa… Z tym jednak małym wyjątkiem, że Bałuty pozostawały w mojej pamięci jako przestrzeń przede wszystkim intymna, nacechowana subiektywizmem. Pierwsze próby oswajania tej dzielnicy sięgają moich czasów licealnych, kiedy w bramach potajemnie paliliśmy papierosy i ukrywaliśmy się podczas ucieczek ze szkoły. To tutaj, w okolicach Zulii Pacanowskiej, przeżyłam swoją pierwszą, szaleńczą miłość, rzecz jasna nieszczęśliwą, jak to zwykle bywa z takimi miłościami. Chyba dlatego właśnie wspomnienia te są szczególnie intensywne. Drugie spotkanie z Bałutami zostało zainspirowane szkolno-etnologicznym projektem pod hasłem „Zmysłowy pejzaż Bałut", to było ponad rok temu. Wtedy pierwszy raz doznałam miejskiego olśnienia, którego efektem była hiper-zmysłowa opowieść. I znowuż Bałuty rozedrgały emocje i wstrząsnęły moim życiem. Dźwięki i zapachy przywoływały wspomnienia, a zbiegi okoliczności sprawiły, że zaczęłam na nowo tworzyć własną historię. Zdaje się, że wydeptałam na brukowanych ulicach prywatną ścieżkę, na którą zawsze będę wracać, gdy los spłata jakiegoś figla. Ostatecznie i tym razem znalazłam się na Bałutach z czysto indywidualnych powodów, kierowana przekonaniem, że potrzeba mi raz jeszcze skonfrontować się ze sobą. A jedynie ta przestrzeń wydawała się być odpowiednim terenem do walki, bo wszystko tu przypominało to, z czym chcę się zmierzyć. Tym razem jednak, z obawy, przed samą sobą i swoją rozkołysaną sentymentem pamięcią, postanowiłam wszystko uporządkować. Najpierw znaleźć czas na rzetelne etnologiczne przygotowanie, zbudowanie konspektu badawczego, by potem nie zgubić się pośród wspomnień i uczuć. Początkowo ciągle musiałam pilnować, by udało się utrzymać sentymenty na wodzy. Z czasem nie myślałam już o niczym innym, jak tylko o tym, co poddać analizie? Jaką ciekawą historię kryją przede mną Bałuty? Co należy zdemaskować? Wtedy, podczas tych gabinetowych wędrówek po Bałutach, powstała pierwsza myśl badawcza: bohaterowie Bałut. Czy istnieją? Kim są lub byli? Gdzie mieszkali? Czym się zajmowali? Pytania ciągle się mnożyły, a ja zapisywałam je skrupulatnie na skrawkach papieru. W odpowiedzi od razu pojawił się Ślepy Maks, szef żydowskiej dintojry. Postać tak wielowarstwowa i ambiwalentna, że nie sposób było go nie polubić, zdawał się być po prostu nad wyraz ludzki i prawdziwy. Z jednej strony złodziej i bandyta, bezwzględny morderca, główna postać bałuckiego półświatka czasów międzywojennych. Z drugiej- porównywany z Ondraszkiem i Janosikiem, ba! z samym Robin Hoodem, przyjaciel i wybawiciel biedoty, założyciel Biura Próśb i Podań, bohater bałuckich pieśni. Dziś opowieści o Ślepym Maksie krążą w postaci legend i mitów. Prawda łączy się z fikcją, czasy mieszają się ze sobą, a sam Maks Borensztajn pozostaje owiany tajemnicą. Wiemy, że żył na Bałutach w okresie międzywojennym. Był dzieckiem bezwzględnej nędzy tego czasu. Stracił oko, ale same okoliczności, w których to się stało, ciągle pozostają zagadką. Czas spędzał w restauracji Szmila, być może swojego szwagra. Wielokrotnie stawał przed sądem, a w Głosie Porannym z dnia 11.10.1935 roku znajduje się sprawozdanie z jednej z rozpraw. Walczył o wpływy z Frankiem Zielonką. Pomógł wdowie w jej sporze z czynszownikiem. Być może wyciągnął ojca Arnolda Mostowicza z finansowych tarapatów, wynikających z oszustwa nieuczciwego wspólnika. Kochał się w Klarze, której jednak ostatecznie nie poślubił. Sztuki złodziejstwa prawdopodobnie uczył się od samego księdza Natana, postaci równie legendarnej jak Maks, bracia Krakowiacy, czy inni bałuccy bohaterowie. Tajemnic i zagadek na Bałutach nie brakuje. Zarówno w stosunku do czasów międzywojennych, jak i do tragicznego okresu hitlerowskiej okupacji, kiedy to postawiono tu mury getta, a i współczesność kryje zapewne przed nami swoje niewiadome. W czasie poszukiwań i rozmów, niemal maniakalnego podkreślania fragmentów literatury, poznałam Avruma Lajba, tragicznego Szymszona, świętego Avruma, Esterkę i Kazika (bohaterów powieści Arie Aksztajna „Ciotka Ester"). Zapoznałam się ze Ślepym Maksem za pośrednictwem Arnolda Mostowicza, żeby w końcu zajrzeć do wspomnień Jacoba E. Rosenberga, spisanych w książce „Na wschód od czasu", które niezaprzeczalnie wpłynęły na dalszy tok moich badań i rozmyślań. W słoneczne majowe popołudnie z aparatem przewieszonym przez ramię i książką w dłoni ruszyłam na Bałuty. Padło na Park Staromiejski (Park Śledzia). Widocznie potrzebny był zapach Bałut, żeby po raz kolejny doświadczyć miejskiego olśnienia. Potrzebny był właśnie Rosenberg z całą jego plejadą bałuckich postaci, czytany na ławce, żeby zrozumieć, że gabinetowe rozważanie na nic się nie zda. Potrzebny był Avrum Lajb, żeby odnaleźć demony tego miejsca. Ślepy Maks, żeby odkryć zaułki ulic Nowomiejskiej, Ceglanej, Zgierskiej. Potrzebni byli i Pola, i Jankiel Bolszewik, i wszyscy inni, żeby zrozumieć, że trzeba wziąć tych wszystkich bohaterów za przewodników i dać im się oprowadzić po ich dzielnicy. Mieszkali w tych budynkach, przechadzali się po tych ulicach, tu spotykali się z przyjaciółmi, tutaj mieli swoje prywatne azyle. Historia tego miejsca, to historia przypadków, które zlewają się w całość, uchylającą się od zamknięcia w jakichkolwiek ramach. To historia pojedynczych losów, tragedii i radości. Trzeba słuchać pomruków ulic i budynków, żeby zrozumieć to miejsce. Bałucki genius loci domaga się własnej opowieści, pisanej własnym językiem! Językiem ludzi, którzy mieli swoje randez-vous z Bałutami. II„Opowieść nie rodzi się z języka- to opowieść musi zrodzić język”1 „Park Śledzia”, vis-a-vis Starego rynku. Rosenberg- mistrz plastyczności czy grafomanii? Sama nie wiem. Ważne, że pobudził mnie do działania, zanim zabrnęłam za daleko w naukowych ustaleniach i uogólnieniach. Na nic by się one tutaj zdały. Znowu znalazłam się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Otwierając książkę na odpowiedniej, czterdziestej drugiej, stronie: "Pisarzem nie koniecznie będzie ktoś, kto powiedział sobie: Teraz stworzę opowieść. Będzie nim ten, którego opowieść ożyje nagle i w bezsenną noc albo w znojny dzień zażąda: Stwórz mnie!”2 Nagle zrozumiałam, że Bałuty szepczą cicho swoją opowieść, może nawet zapraszają do jej spisania, a ja zbyt bardzo jestem pochłonięta trzymaniem dystansu. Coś we mnie pękło. Wszystko zawirowało tak, jak kiedyś. Myśli odbijały się od siebie, paraliżowały ciało, żeby w końcu wrócić na swoje miejsce w nieco zmienionym szyku. Nie czytałam już dłużej. Po prostu wybrałam się na spacer. Po kolei szłam ulicami Kościelną, Łagiewnicką, Zawiszy, Młynarską, Organizacji „Wolność i Niezawisłość”, Franciszkańską, Bohaterów Getta Warszawskiego, aby znów dojść do Starego Rynku i wysłuchać poruszających wspomnień z czasów, gdy cała okolica zamieniła się w miejsce zbiorowej zagłady: Ludzie tego nie rozumieją, ale myśmy wtedy naprawdę często musieli zadecydować o losie naszych dzieci. Nam było żal i Wy- młodzi, Wy, którzy nie pamiętacie i nie rozumiecie tamtych czasów, nigdy nie rozgrzeszycie nas z tego, żeśmy nie pomagali Żydom. My byśmy może i pomagali, nie raz człowiek miał okazję ukryć kogoś, pomóc, ale my się baliśmy o swoje dzieci. Mówiło się: Żyd w dom! Śmierć w dom! I to okrutne. Ale to ani nasza wina, ani Żydów. Tutaj od lat panowała atmosfera ekumeny, ona się na Bałutach realizowała na wiele lat przed Janem Pawłem II. My byliśmy sąsiadami. A dzieci, które biegały pod naszymi oknami musiały zginąć w komorach gazowych, w Oświęcimiu. To są czarne karty historii. Ale wojna, to wojna. Nie obowiązują te same prawa co zwykle. To zezwierzęcenie. Czasem wspominamy z rodzeństwem Ester, która mieszkała niedaleko nas, przy ulicy Młynarskiej. Bawiliśmy się razem. Czasem słychać było na ulicy prześmiewki, że ona Żydówka albo, że my goje. A potem cała rodzina zniknęła. Wiele lat później spotkałam jej starszego brata, nie wiem, czy jeszcze żyje. Przyjechał do Łodzi na kirkut. Ester zginęła w Oświęcimiu, zaraz po tym jak ich tam odtransportowali. Mi się łza w oku zakręciła. Niewiele ją pamiętałam, w czasach wojny byłam małą, 7- letnią dziewczynką. Niewiele rozumiałam, ale wiem, że wiedziałam już wtedy, że dzieje się okrutna niesprawiedliwość (Pani Honorata, lat. 70) Po tej rozmowie siedziałam jeszcze chwilę na rynkowym murku, poruszona szczerością tych słów. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, to co raz już pomyślałam o Bałutach, że są „heterogeniczną hybrydą”. Wszystkie imiona bohaterów zaczęły mi się mieszać, tak jak ich biografie i przygodne historie. Jedna po drugiej zmieniały się w historie prywatne napotykanych przechodniów. To ulica opowiedziała mi o tragicznych losach łódzkich Żydów w czasie drugiej wojny Światowej, o prześladowaniach antysemickich tych z okresu przedwojennego i tych z okupacji, o pełnych rozterek chwilach zwątpienia i bezradności. To z okien kamienic posypały się ciepłe słowa na temat swojskości Bałut, która wyraża się w poczuciu więzi społecznych. To w bramach wsłuchać się mogłam w rozpaczliwy krzyk głodu i nędzy albo po prostu w bałucki song, o wielkich miłościach i nadziejach. Następnego dnia wpadła mi w ręce „Żółta gwiazda i czerwony krzyż” Arnolda Mostowicza. Do dziś dźwięczą mi w głowie słowa na temat „Kroniki getta łódzkiego”: „Dzieje czterech lat życia w gettcie. Rejestr spraw i wydarzeń, które nasz wspaniały wiek dwudziesty przełknął nie udławiwszy się. Kronika czasów…Pogardy- ja je nazwał kiedyś wielki pisarz francuski? Pieców- jak je nazwał jego polski kolega? To raczej kronika czasów obojętności. Spektakl mordowania całego narodu wystawiony na oczach ówczesnej Europy. I Ameryki, która się teraz Kroniką pasjonuje. Nie budził on emocji innych niż banalne wzruszenia, jakich dostarczały podobne spektakle w poprzednich wiekach…”3 Nie wracam już do tej książki, zbyt wiele łez mnie ona kosztuje.... III W stukocie trepów… To tutaj, na tych ulicach, które przemierzyłam i wśród ludzi których spotkałam realizują się małe światy. Zdawać by się mogło, nic nie znaczące egzystencje. Kilku pijaków pod sklepem, mizerna pani nauczycielka, dzieci wiecznie brudne i ludzie, których jedynym celem, jest wyrwać się stąd za wszelką cenę. Jeśli jednak wejdziemy dalej, na brudną klatkę schodową, do wystrojonego w kwiaty mieszkania i spróbujemy zrozumieć, porozmawiać, to okazuje się, że świat nie jest już taki oczywisty, jak wcześniej. Nasz mikro-kosmos zaczyna grać pierwsze skrzypce w koncercie życia. Przecież tak w głębi jest on przepełniony osobistymi uczuciami, pełną relatywizmu narracją. Jest przeszłością, teraźniejszością i przyszłością pojedynczych jednostek. Bałuty mają tyle twarzy, ilu ludzi zechce poczuć do nich coś innego, a w każdej z tych twarzy tkwi niepodważalna prawda. Wspominam Bałuty z pewną estymą, bo to miejsce mojego dzieciństwa. Kamienica, dom to była wspólnota, autentyczna wspólnota. Tutaj zawierały się przyjaźnie, a takie słowa jak: kumoter, kumoszka przepojone były pozytywnym ładunkiem uczuciowym. Kiedy wyprawiało się imieniny, zapraszało się najbliższych sąsiadów na biesiadę, najczęściej skromną, ale suto zakrapianą alkoholem. Przygrywały sławne Bałuckie Kapele Podwórkowe. Cała ludność Bałut potrafiła się dobrze bawić. Kiedy było ciepło wszyscy zabierali koce, jakieś jedzenie, butelkę gorzałki i szli do parków, aby tam przy dźwiękach tanga zapomnieć o codziennym znoju pracy. Najczęściej zabawy te kończyły się bijatykami, a widok mężczyzn w poobdzieranych koszulach nikogo nie dziwił. Kiedy później wyprowadziłem się na kilka lat z Łodzi bardzo mi tego brakowało, a teraz staram się, jak tylko mogę, by pielęgnować sąsiedzkie przyjaźnie i tego samego uczyłem swoje dzieci. Jednak wiem też, że obok tej swoistej więzi istniała cała masa negatywów. Szerzył się bandytyzm, a bieda i bezrobocie tylko go wzmacniały. I choć wiem, że bałuckość, nawet ta najczarniejsza, we mnie tkwi, gdzieś głęboko, to jestem z niej dumny. Ja przynależę do tego miejsca a ono do mnie. To pewnego rodzaju patriotyzm. Poza tym, Bałuty mnie zahartowały i przygotowały do życia. Dzięki tej sile wyrwałem się z biedy Bałut. Chciałem się wyrwać, bo nędza powoduje wejście w bandyckie fachy, alkoholizm, etc. a takiej przyszłości dla siebie przyjąć nie mogłem. Mówiąc tak dość filozoficznie i zupełnie nie relatywizując pozytywnych i negatywnych stron z życia, czasem po prostu wygrywa zło. A u nas wygrywało po prostu częściej. Ponadto, to nie jest takie proste oceniać tych ludzi. Ojciec mój, pamiętający czasy międzywojenne wielokrotnie strofował mnie, żebym nie wydawał ostatecznych wyroków. Przypomina mi się jeden obraz Bałut, który tata często odtwarzał z dokładnością. To był obraz dźwięków. Ludzie żyli w stukocie trepów. Stukot trepów wyznaczał pory dnia. O czwartej rano do fabryk ruszała pierwsza zmiana. Po 10 godzinach następna, a poprzednia wracała do domów. Tak można ładnie powiedzieć, że Bałuty międzywojenne to tupot trepów o poranku, tupot trepów w południe i tupot trepów wieczorem. To ten błahy tupot wyznacza pory dnia, on budzi i on tupocze mi w głowie, gdy wspominam mojego ojca. Ludzie nie jeździli tramwajami, bo kosztował on tyle ich śniadanie. W tym tupocie powstawała legenda tej dzielnicy, legenda Maksa Borensztajna, tragicznego bohatera, człowieka z krwi i kości, legenda Żydów pomordowanych w obozach koncentracyjnych i legenda wielu anonimowych ludzi. (P. Włodek Zawada) IV BAŁUCKI TRAMWAJ Tramwaj. Ktoś jedzie do domu a ktoś go opuszcza. Ludzie wtłoczeni w kilkanaście ton metalowej masy przemierzają to miasto. Uciekają w inną rzeczywistość. Tramwaj do raju, do miasta wiecznych radości. Gnają od przystanku do przystanku. Płaczą, śmieją się, śpią. Nie! To tylko szóstka sunie na Doły. A gdyby tak naprawdę… gdyby istniał taki wehikuł szczęśliwości. Kupujesz bilet, wsiadasz i jedziesz. Moja ostatnia, tym razem, przejażdżka po Bałutach. PODZIĘKOWANIA Za każdym razem, kiedy dochodzi do podziękowań przypomina mi się krótka, humorystyczna opowiastka Umberto Eco „Jak pisać podziękowania”. I wtedy waham się, czy w ogóle dziękować publicznie i komu. Ostatecznie jednak, w tym wypadku, bez podziękowań nie może się obyć, bo praca ta w ogóle by nie powstała, gdyby nie świadomy i nieświadomy udział osób trzecich. W kolejności dość przypadkowej wypada mi wymienić te osoby. Dziękuję Aleksandrze Krupie. Za wsparcie naukowe, za wypożyczenie wielu interesujących lektur, których bohaterowie stali się moimi przewodnikami w wycieczce po Bałutach. Przede wszystkim zaś za nowe spojrzenie na miasto, które otworzyło mi oczy na ludzi. Dziękuję wszystkim swoim rozmówcom. Panu Włodkowi Zawadzie, za pełne plastyczności wspomnienia z dzieciństwa, za czas poświęcony na wspominaniu Ślepego Maksa, za kawę i uśmiech oraz wiarę w to, że Bałuty mają przed sobą przyszłość. Dziękuję dwóm, napotkanym w okolicy Starego Rynku, serdecznym paniom, które mogę wymienić jedynie z imienia: Pani Jadwidze i Pani Honoracie za opowieści o robotniczej Łodzi i pełnym prawdziwości wspomnieniu z czasów okupacji hitlerowskiej. Dziękuję Pani spotkanej w jednej z bram przy Bałuckim Rynku, która opowiedziała mi o tragicznym losie jej przodków, wygnanych z Łodzi przez dyfteryt i o pełnym nadziei powrocie do „Ziemi Obiecanej”. Dziękuję chłopakom z okolic Dworca Północnego za rozmowę o O.S.T.R-ym i podesłanie kilku linków internetowych, do stron poświęconych jego twórczości. Z całego serca dziękuję wszystkim fotografom, którzy podjęli wyzwanie zmierzenia się z Bałutami: Agnieszce Król, Kasi Gwóźdź, Emilii Bartczak. Kasi dodatkowo dziękuję za jej bałuckie prace fotograficzne, które wpadając mi od jakiegoś czasu w ręce zawsze inspirowały do ciągłego odkrywania tej dzielnicy. Dziękuję Patrycji i Robertowi Zarzyckim, że mieszkając na Bałutach, zawsze służyli gościnnością w chwilach mojego zmęczenia. Dziękuję Pawłowi, bo bez jego dopingu nigdy nie skończyłabym tego projektu. Na koniec, dziękuję wszystkim, z którymi spotkałam się na Bałutach w czasach licealnych, bo to z nimi podjęłam pierwsze próby oswajania tego miejsca.
|