Galeria zdjęć

Kapitalizm nie gryzie. Reakcja na felieton "Komunalny Komunizm".

Witam.  

Przeglądam serwis topografie.pl już od dłuższego czasu, inicjatywa jest doprawdy godna pochwały, znakomicie bawiłem się podczas ŁódźBoju, podziwiam wiedzę oraz zaangażowanie w sprawy naszego kochanego miasta ludzi tworzących serwis. Nie mogę niestety zgodzić się z poglądami, jakie zostały zaprezentowane w ostatnim felietonie, który ukazał się w serwisie pod tytułem „Komunalny Komunizm”. Postaram się poniżej omówić błędne moim zdaniem tezy i podjąć merytoryczna polemikę z głównym założeniem artykułu – koniecznością lewicowej polityki w ramach struktury jaką jest miasto.  

System naczyń połączonych.  

„Komunalny komunizm” już w pierwszych akapitach zawiera tezy dość kontrowersyjne. Miasto ma wedle autora oferować różnorakie korzyści w zamian za zrzeczenie się swojej indywidualności, wolności oraz w pewnym stopniu także tożsamości. Jako Łodzianin z krwi i kości zapewniam, że jeśli tak rozumiałbym swoją Ziemię Obiecaną to bezzwłocznie uciekałbym poza jej obręb. Warto byłoby spojrzeć w tym momencie wstecz, na proces urbanizacji, którego owocem są właśnie miasta. Czy faktycznie motorem napędowym, który sprawiał że ludzie zaczęli formować zespoły miejskie była chęć życia we wspólnocie? Wystarczy przywołać obraz pierwszych mieszczan – kupców i rzemieślników, którzy życie w mieście wybierali z powodów czysto ekonomicznych. Bliskość traktów handlowych, rzek, a także po prostu większy popyt na ich pracę stanowiły podstawowe przyczyny formowania się miejskich jednostek osadniczych. Nie muszę dodawać, że skoro kamień węgielny pod miasto dał raczkujący kapitalizm, to niemalże obelgą staje się zwrot użyty w felietonie pana Marca o „zawracaniu kijem kapitalistycznej Wisły”. Celem ośrodków miejskich nie była wspólna praca na rzecz tychże, lecz zapewnienie jednostkom tamże żyjącym względnego dobrobytu, o jakim nie mogli by marzyć na wsi. Stąd w moim przekonaniu błędne jest odczytywanie miasta jako obietnicy socjalizmu.

Jak najbardziej słuszna jest uwaga o upadku miast. Ze smutkiem możemy to zaobserwować chociażby na własnym, łódzkim podwórku, które obierając za dość typowy przykład omawiał będę poniżej. Nie jest to jednak upadek, który oznacza kres, bardziej określiłbym to zmienieniem panującego porządku. Otóż ośrodek miejski nadal jest ludziom potrzebny, w wyniku wzrostu mobilności jego mieszkańców zmienia się jedynie rodzaj ich oczekiwań od tegoż. Łódź przestaje być mieszkaniem, zaczyna być jedynie miejscem pracy, nauki i rozrywki dla sypialni takich jak Zgierz czy Pabianice. Powstające na suburbiach domki nie wyrzekają się miasta, nie deklarują, że miasto przestaje być im potrzebne – ludzie zamieszkujący te tereny nadal zdobywają wykształcenie w miejskich szkołach, pracują w mieście, chodzą na imprezy na Piotrkowską czy Piłsudskiego i spotykają się w kawiarniach w Manufakturze. Wystarczy przyjrzeć się chociażby typowej klasie w którejkolwiek z łódzkich szkół. Kończąc XIII Liceum Ogólnokształcące wśród klasowych znajomych ponad połowa mieszkała poza granicami miasta. Skoro więc miasto służy im głównie jako miejsce spotkań, imprez oraz edukacji, to gdzie w tych trzech działach jest miejsce na własność komunalną, na własność miasta? Zdecydowana większość klubów, pubów, czy kawiarenek należy do prywatnych przedsiębiorców, wyjątek stanowią szkoły, ponieważ największy prestiż posiadają państwowe placówki edukacyjne. Generalnie jednak największe diamenty w mieście, takie jak ekskluzywne restauracje, klimatyczne kawiarnie czy eleganckie sklepy należą do szeroko rozumianej inicjatywy prywatnej. Ciężko wobec tego używać pojęć takich jak „komercjalizacja” czy „prywatyzacja” w znaczeniu pejoratywnym. Czy inwestycyjny rygor, który doprowadził do stworzenia nowych miejsc pracy w Port Łódź, to powód do niepokoju? Czy komercjalizacja miejskiej przestrzeni przynosząca nam piękny rynek w Manufakturze może być odbierana negatywnie? Czynności produkcyjno-konsumpcyjne nie wykluczają, a wręcz sprzyjają wspólnotowości. Ciężko policzyć ilu ludzi przekonało się do Łodzi, poczuło z nią więź dzięki tym prywatnym inicjatywom. Rozwarstwienie ekonomiczne i krwawa destabilizacja, czyli zwroty użyte w felietonie, są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, szczególnie teraz, gdy miasta faktycznie przeżywają swój renesans po siermiężnym socrealizmie lat komunistycznych. Jeśli rozwarstwienie ekonomiczne w ogóle występuje to jako dwie główne warstwy określiłbym właśnie polityków miejskich oraz „zwyczajnych” ludzi. Ci pierwsi bowiem trwonią publiczne pieniądze na swoje wysokie pensje wyraźnie wybijając się ponad poziom przeciętnego mieszkańca. W epoce kiedy wreszcie dość solidnie wypośrodkowano prawa dotyczące pracy, a pracodawcy nieraz żyją mniej dostatnie niż pracownicy, powtarzanie utartych powiedzeń o wyzysku siły roboczej jest co najmniej nie na miejscu.  

Labirynty aksjologii

Przykłady podane w następnym akapicie przez pana Marca są prawdziwe, lecz należałoby się zastanowić nad tym czy w ten sposób nie „wylewamy dziecka razem z kąpielą”. Generalnie uważam, i prawdopodobnie myślących w podobny mi sposób ludzi jest większość, że takie utrudnianie nie jest drogą do celu. Dowolny pedagog, pracujący w którymkolwiek z paradygmatów zaświadczy, że z wychowawczego punktu widzenia, takie rzucanie kłód pod nogi ma negatywny wpływ na całe zachowanie człowieka. Odnosząc się do nakreślonej w felietonie sytuacji dojazdowej. Czy stosować metodą „kija” nakładając wysokie mandaty na źle zaparkowane samochody, zamykając dla ruchu kolejne ulice i tworząc płatne parkingi, czy może jednak posłużyć się metodą „marchewki” zaczynając przemiany od napraw w sektorze komunikacji miejskiej. Pozytywna motywacja przynosi większe efekty, co jest udowodnione naukowo, dlaczego więc cofać mamy się znów do czasów, gdy solidne lanie znaczyło więcej niż wychowawcza rozmowa? Eksperci są zgodni – by podnieść jakość komunikacji miejskiej należałoby sprywatyzować ten sektor. Miejsce na lewicową politykę już było, przypomnieć można jedynie, że szefowie tej miejskiej spółki trzy miesiące przesiedzieli w areszcie odpokutowując swoje matactwa. Zresztą pozostałe miejskie spółki także nie działały wzorowo, wystarczy przywołać głośne skandale w MPO oraz ZWiK. Socjalistyczne myślenie może i ma szczytne idee, lecz w żadnym wypadku nie może być realizowane w rzeczywistości. Prawdziwym ratunkiem dla degradacji centrum miasta wydają się być ruchy odwrotne – preferencyjne ceny wynajmu pod działalność gospodarczą, podniesienie jakości komunikacji miejskiej poprzez jej częściową prywatyzację, może wreszcie wsłuchanie się w głos prywatnych właścicieli restauracji przy Piotrkowskiej, ulgi podatkowe dla przedsiębiorców  w tej części miasta, przejrzenie listy i wysokości płac w miejskich spółkach, uderzenie się w pierś radnych… Po co działać na szkodę obywateli, gdy ten sam problem rozwiązać można w sposób dużo bardziej cywilizowany i faktycznie, a nie pozornie podwyższający standard życia mieszkańców? Propozycje pana Marca to równanie w dół, aby tym z przedmieść żyło się tak źle, jak nam w centrum. Moim zdaniem odpowiedni kierunek działania to równanie w górę, aby Śródmieście było tak samo ekskluzywne jak suburbia. Nawet średnio wnikliwy obserwator zauważa, że droga ku temu to pozostawienie wolnej ręki prywatnej inicjatywie – najlepszym przykładem niech będą podwórza w okolicach lokali Mexicana, Irish Pub czy Łódź Kaliska. Porównanie z podwórzami, gdzie gospodarzem jest miasto jest bezcelowe i brutalne dla socjalistycznych idei.

 

Prawdziwa Wolność Człowieka

Nie jestem pewny, czemu pan Marzec w pierwszych zdaniach podsumowania swojego felietonu mówi o „rzekomej sprzeczności”. Ta sprzeczność nie jest rzekoma, to jest sprzeczność doskonale widoczna, nie podlegająca dyskusji i kłująca w oczy. Zgadzam się, że budowa nowych dróg i parkingów nie rozwiązuje problemu, lecz na pewno utrudnianie używania takiego środka komunikacji jak samochód także nie przyniesie żadnego pozytywnego efektu. Ten dać może jedynie szeroka zakrojona akcja zwiększająca szybkość i wygodę komunikacji miejskiej przy jednoczesnym zmniejszeniu ceny tejże. Jeśli pod domem co pięć minut przejeżdżał będzie mi CityRunner z klimatyzacją, czystymi siedzeniami i biletami za 0,50 groszy od kursu, który w dodatku jechać będzie równie szybko jak samochód, nigdy w życiu nie podniosę ręki na środowisko wsiadając w transport kołowy. Ktoś powie, że to niemożliwe, żeby tak wyglądał transport miejski. Dlaczego? Wystarczyłoby przecież zwiększyć konkurencję, obciąć pobory rozbudowanego aparatu spółki i pochylić się na kilka chwil nad rozkładami jazdy. Dlaczego przez tyle lat nie można w Łodzi zbudować metra? Elementarna przemoc nie naprawi miast, wręcz przeciwnie, może tylko pogorszyć sytuację. Czemu myślimy tak do bólu pesymistycznie, że jedynym środkiem na zaprzestanie danego działania jest wprowadzenie prawa zakazującego wykonywanie tej czynności? U korzeni miast siedzi kapitalizm, który przez lata rozwoju tychże wrósł nie tylko w mury, nie tylko w politykę, ale także mieszkańców. Mieszkańców, którzy rzuceni na głębokie, nie oszukujmy się, to bodaj najtrudniejszy z systemów gospodarczych, wody kapitalizmu wykształcili w sobie niebywałą hardość, wolę przetrwania i odporność na przeciwieństwa. Jeśli ktoś wierzy, że Ci ludzie dadzą ograniczać bezkarnie swoją wolność, znaczy że nie zna miasta. A lokalnie – że nie zna pojęcia Lodzermensch.

 

Jakub Olkiewicz



Podziel się tą informacją:




2011 © Topografie.pl
All rights reserved.   
     Academio.pl - koła naukowe, grupy studenckie, kierunki studiów, konferencje naukowe.            WebDesign by  Ortografika