Galeria zdjęć

Komunalny komunizm. O możliwości i konieczności lewicowej polityki miejskiej

Trudno zrozumieć cały świat naraz, spojrzenie z lotu ptaka wystarczy wyłącznie do stwierdzenia, że wszystko się ze sobą wiąże. No może jeszcze do tego, że wszystko jest skomplikowane. Ta dziura w stanie wiedzy o globalnych zmianach społeczno-ekonomicznych sprawia, że poszukiwanie politycznej alternatywy wydaje się być równie sensowne, co wyprawa po Świętego Grala. A skoro tak, to może lepiej zadowolić się tym, co jest i zaakceptować thatcherowską TINĘ? Można też zrobić inaczej i zamiast z perspektywy kosmicznej przyjrzeć się światu z perspektywy żabiej i zamiast całości spróbować ogarnąć kawałek. Do tego celu miasto nadaje się nie najgorzej.

Przede wszystkim, mimo uwikłania w globalne sieci i powiązania, skala procesów społecznych jest tu łatwiejsza do ogarnięcia, a stopniowe korekty stanu rzeczy łatwiejsze do konceptualnego wypracowania i instytucjonalnego wdrożenia. Nazbyt wytarty slogan globalnego myślenia w lokalnym działaniu oddaje nieco z tej dynamiki. Można go też odwrócić: otwiera się możliwość myślenia lokalnego, które w dalszej perspektywie okazuje się działaniem globalnym. Zawracanie kijem kapitalistycznej Wisły jest pomysłem cokolwiek śmiałym i na pewno łatwiejszym do zrealizowania, gdy na najdrobniejszych górskich strumieniach powstaną tamy z kamieni, jakie budowaliśmy w dzieciństwie.

Miasto –   byt nieagregatowy

Miasto jako forma organizacji społecznej i przestrzennej w samej swojej istocie zawiera mglistą obietnicę socjalizmu. Wspólne zamieszkiwanie jednego terenu i zbieżne interesy (niekoniecznie takie same, ale wzajemnie się uzupełniające czy wzmacniające – po co inaczej mieszkać w takim skupisku?) umożliwiają, ale i wymuszają komunikację, współdziałanie i elementarną formę wspólnoty. Miasto, niczym hobbsowski Lewiatan, obiecuje korzyści i ochronę, zapewnia możliwość wzajemnego zaspokajania różnych potrzeb mieszkańców. W zamian wymaga zrzeczenia się pewnej części indywidualnej wolności, składanej na rzecz wykraczającego poza nią dobra wspólnego. Miasto jest prototypem wszelkich politycznych wizji zmierzających do wykroczenia poza pozostałości klasycznej teorii suwerenności ku „wielości” komunikujących się podmiotów. Niesie nadzieję na nowe urządzenie ludzkiej wspólnoty.

Na pierwszy rzut oka sytuacja rzeczywistych miast przeczy tego typu nadziejom. Mimo pozornie wzrastających kompetencji miejskiego samorządu (chodzi mi raczej o długie trwanie miasta jako idei – wynalazek lokalnej, pilnującej porządku władzy wykonawczej nie jest kwestią odległej przeszłości), wieścimy powszechnie upadek miast jako formy organizacji ludzkiego życia. Kryzys miast, upadek miasta jako idei politycznej (ogłoszony przez Krzysztofa Nawratka) nie skłaniają do upatrywania w nim jutrzenki społecznej zmiany. Postępują: inwestycyjny rygor, prywatyzacja i komercjalizacja miejskiej przestrzeni, atomizacja mieszkańców - zainteresowanych coraz bardziej horyzontem indywidualnego dobrobytu, dla osiągnięcia którego ci, którzy nie wsiedli w porę do kapitalistycznego tramwaju, są nieustającą przeszkodą. W przypadku wielu miast europejskich tym, co utrwala ich spoistość są historyczne centra, naturalnie ogniskujące aktywność mieszkańców i turystów. Tam, gdzie ich brakuje, niewiele nas dzieli od zapadłych centrów miast-obwarzanków. Miasto, jako spójną formę organizacji społeczno-przestrzennej, utrzymuje sztucznie kościec renesansowego rynku. Jego zamieszkiwanie nie wiąże się już z jakąkolwiek formą wspólnotowości, stało się subiektywną sumą podejmowanych indywidualnie czynności produkcyjno-konsumpcyjnych. Staje się więc tworem w pełni post-politycznym, gdzie demokracja ogranicza się do zarządzania konsekwencjami globalnych imperatywów. Jednocześnie rusza błędne koło suburbanizacyjnej reprodukcji, a spójność społeczna spada po równi pochyłej ku krańcowemu rozwarstwieniu ekonomicznemu i krwawej destabilizacji.  

Zmaterializowane wartości

Kształt rzeczywistości społecznej jest wypadkową wielu czynników: oprócz procesów makrostrukturalnych, jest to też suma codziennych indywidualnych decyzji. Tak, jak decyzje konsumenckie kształtują światowe rynki, tak najdrobniejsze wybory użytkowników miejskiej przestrzeni odmieniają jej oblicze. Czym pojadę dziś do pracy? Gdzie spędzę wieczór? W jakiej okolicy zamieszkam? Czy będzie to osiedle strzeżone? Gdzie uczyć się będą dzieci? Kwestie te nie są z góry rozstrzygnięte mocą jakichś globalnych kosmologii, ale są za każdym razem skrupulatnie rozważane przez indywidualny ludzki podmiot. Tak oto, wizja jednostki racjonalnie kalkulującej każdą decyzję rodem z neoklasycznej ekonomii czy teorii gier, może być zaprzęgnięta w służbę słusznej sprawie. Jasne jest, że decyzje te mogą być podejmowane wbrew „obiektywnym” czynnikom – mocą etycznej czy społecznej świadomości lub pragnienia realizacji jakichś wyższych celów. Jednak w zdecydowanej większości przypadków będą wypadkową kalkulacji kosztów i tego, do jakich wyborów zachęcają nas okoliczności.

Każdy z nas podejmuje takie decyzje, biorąc pod uwagę szereg czynników. Codziennie wchodzimy w interakcje z przestrzenią, która nas otacza. Przedmioty codziennego użytku czy infrastruktura różnego rodzaju są partnerami naszych działań, na równie z nami, świadomymi podmiotami, wpływają na podejmowane kroki. Te artefakty zaś często nie są przypadkowe, a zupełnie intencjonalnie przez kogoś wcześniej kształtowane (projektantów, prawodawców, wykonawców). W tej oto materialności zaklęte są pewne informacje, prawo, wartości, które aktualizują się w interakcji z człowiekiem poprzez jego działanie. Te normy delegowane na rzeczy powodują, że z dużym prawdopodobieństwem użytkownik zrealizuje właśnie ten program, który jest mu przeznaczony. Samochód z brzęczykiem sygnalizującym niezapięte pasy aktywnie działa na użytkownika i odwodzi go od realizacji antyprogramu – niezapięcia pasów. Nie musi on już charakteryzować się wysoką świadomością etyczną, mieć zinternalizowanych norm poruszania się po drogach, nie musi nawet obawiać się mandatu ani w ogóle zastanawiać się, dlaczego pasy warto zapiąć. Po prostu dla świętego spokoju to zrobi. W podobny sposób zachodzą również bardziej skomplikowane relacje z materialną rzeczywistością. Jeśli brelok będzie za ciężki, oddam klucz hotelowy do recepcji. Jeśli parking będzie płatny i spodziewać się będę surowej kary za parkowanie na trawniku, a alternatywą będzie szybki i bezpieczny przejazd autobusem lub rowerem, być może zostawię samochód w domu albo wcale go nie kupię. Gdy dojazd z sytych przedmieść będzie utrudniony, a jakość życia w centrum będzie wyższa (np. dzięki ograniczeniu ruchu samochodowego), to bardzo prawdopodobne, że zmienię miejsce zamieszkania. I podejmę te decyzje nie będąc miejskim ekologiem, ale po prostu dla własnego komfortu.

Znaczenie „regulacyjnej” urbanistyki okazuje się nadzwyczaj ważkie dla samej konstytucji podmiotów miejskiego życia. Robert Moses zaprojektował nowojorskie mosty w sposób uniemożliwiający poruszanie się autobusom, z których korzystała czarnoskóra ludność (by odciąć ją od miejskich parków). Tak jak zabieg ten delegował segregację rasową na infrastrukturę drogową, (a przy okazji wymusił korzystanie z samochodu na każdym, kto tylko miał taką możliwość), tak też osiągalna jest odwrotna - „wkluczająca” polityka miejska, realizująca w materialności lewicowe wartości.

Owe transportowe ilustracje są tylko przykładem (choć obejmującym zadziwiająco dużo powiązanych procesów kształtujących współczesne miasta) tego, jak rożne instrumenty dostępne od ręki w miejskiej polityce (a nawet w postpolitycznym, komunalnym zarządzaniu) mogą wpływać na kształt rzeczywistości społecznej. Regulacje prawne, fiskalne, czynszowe, polityka transportowa, mieszkaniowa, zagospodarowanie przestrzenne, plany miejscowe czy inwestycje komunalne dają niezwykle szerokie pole do politycznej decyzji i starań o przywrócenia miastu dospołecznego oblicza. Dodatkowo, wcale nie muszą być one wynikiem proklamowania jakiejś ogólnej bitwy o miejską hegemonię, wystarczy, że aktualizują się w pojedynczych regulacjach dotyczących najdrobniejszych spraw miejskiej wspólnoty. Doskonale pojęli tę prawdę wszelcy aktywiści i ruchy miejskiego protestu, ogniskując swe działania na bardzo konkretnych, niekiedy błahych kwestiach, które jednak składają się na całokształt społecznego życia. Komitet blokowy stawiający słupki osłaniające trawnik jest w walce o miasto potężnym sojusznikiem.

Ale ja nie chcę! Tym gorzej dla ciebie

Podstawowy problem, jaki staje przed orędownikami różnych prospołecznych rozwiązań, to rzekoma sprzeczność takich działań z indywidualną wolą mieszkańców, którzy przecież chcą używać codziennie swojego SUVa, zamieszkiwać strzeżone domki na przedmieściach i zamienić parki na parkingi. Gdyby było inaczej, to po pierwsze, mogliby wyzwolić się z tej opresji i dać wyraz swojemu niezadowoleniu poprzez głosy w wyborach samorządowych, po drugie zaś, mogliby po prostu postępować inaczej, jeździć rowerem i mieszkać w komunalnej kamienicy w centrum. Ich wybór, święte prawo. Zwodnicze rozumowanie jest proste. Jeśli problemem jest rosnące zakorkowanie miasta i powszechne kłopoty z parkowaniem, to najlepszym rozwiązaniem jest budowa kolejnych, coraz szerszych dróg i parkingów. Jest to przykład oddzielenia problemu od jego uwarunkowań i konsekwencji, kompletnego ignorowania działań, które go wytworzyły i podtrzymują. Decyzja o budowie dróg i parkingów nie jest neutralną realizacją potrzeb mieszkańców. Ona te potrzeby wytwarza, jednocześnie ograniczając możliwość wyboru sposobu życia. To, jakie roszczenia wysuwają różne grupy społeczne, jest wynikiem warunków, w jakich przyszło im żyć i podejmować decyzje. Bezalternatywność korzystania z samochodu łatwo jest przekształcić w możliwość wyboru między różnymi środkami transportu, z których najwygodniejszy jest choćby tramwaj.

Ponadjednostkowy sens wspólnoty miejskiej zawiera w sobie konieczność spotkania, pewien stopień dostosowania własnego działania do współżycia z innymi. Zapewne wielu z nas nie chce stawać na czerwonym świetle i chciałoby zaparkować na trawniku (czego często daje namacalne dowody), ale równie często powstrzymujemy się przed tym, poddając się właśnie tej elementarnej przemocy, koniecznej do zachowania jakiejkolwiek współegzystencji. Określona forma organizacji miejskiego życia sprawia, że preferujemy takie, a nie inne zachowania. Ale warunki te nie są efektem boskiego prawa, tylko określonych działań, m.in. władz lokalnych, i mogą być zmodyfikowane. Skala ograniczenia wolności, jakiej poddane są jednostki, nie zmieni się. Aktem decyzji jest to, jakie wartości będzie realizować miejska przestrzeń. Otoczenia miasta kapitalistycznego preferuje, a nawet wymusza, bardzo konkretne zachowania, które przecież można zmienić. Mocą opowiedzenia się po jednej (lewej) stronie musimy zwiększyć wymogi stawiane wspólnocie, by pozwolić jej na rozwój.

Powinniśmy z pełną świadomością konsekwencji ponownie określić prospołeczność miast jako podstawowy ich fundament, ale i kluczowy warunek jakiekolwiek wspólnego życia. Wpisać go w każdy dostępny element rzeczywistości, lokalne prawodawstwo, najdrobniejsze przepisy. Takie obiektywizowanie norm, wartości, pewnego imperatywu etycznego w otaczającej nas przestrzeni materialnej i symbolicznej jest jak najbardziej możliwe i osiągalne z poziomu władzy lokalnej, organizacji pozarządowych, obywatelskich grup nacisku, a nawet komitetu blokowego. To właśnie może stanowić ożywczy napęd dla wszystkich tego typu działań. Życie w zbiorowości ma to do siebie, że nikt nie może zupełnie odseparować się od innych. Rozpad miasta, zniszczenie otoczenia ekologicznego i estetycznego, rosnąca bieda, przestępczość i agresja każdemu z mieszkańców odbiorą beztroskę komfortowego życia.

Wiktor Marzec

Tekst pochodzi ze strony Krytyki Politycznej
Tekst w rozszerzonej formie ukazał się w pierwszym numerze internetowego czasopisma Praktyka Teoretyczna.


Podziel się tą informacją:




2011 © Topografie.pl
All rights reserved.   
     Academio.pl - koła naukowe, grupy studenckie, kierunki studiów, konferencje naukowe.            WebDesign by  Ortografika