|
|
|
Niewątpliwie suma przemian, jakim podległo życie ludzi na przełomie XIX i XX wieku, a którą zwięźle zwykło się określać mianem nowoczesności,1 nie miała pod względem doniosłości i wszechobecności precedensu w dziejach człowieka. W stosunkowo niedługim czasie życie i doświadczenie ludzi zostało niezwykle głęboko zreorganizowane. Zmiany zaszły niemal w ciągu życia jednego pokolenia, stawiając ludzi w obliczu konieczności błyskawicznej akomodacji do zaistniałych nowych warunków. Musieli się oni nauczyć nowego sposobu postrzegania i przeżywania czasu i przestrzeni. Rodzaj i natężenie bodźców, którym poddawany był mieszkaniec nowoczesnej metropolii, stworzyły nową jakość środowiska percepcyjnego – nowoczesność była niezwykle silnym impulsem dla sensorium ludzkiego, a życie w niej nowym typem doświadczenia. Zwrócenie uwagi na zupełnie nową jakość środowiska życia mieszkańca metropolii, odnotowanie nieciągłości doświadczenia i natłoku wrażeń, jakiemu był poddany, dokonało się dosyć wcześnie; intuicje na ten temat pojawiły się np. u Baudelaire’a (mistrzowsko tropił je Walter Benjamin),2 w podobnym duchu pisał Simmel3 i całe rzesze społecznych krytyków przełomu XIX i XX w. Wkrótce po podjęciu tematu zmysłowej nadobfitości i sensorycznego przeciążenia, generowanych przez ruch, prędkość, tłok, hałas, bodźce wizualne; dostrzeżono związek tych fenomenów ze wzrastającą sensacyjnością popularnych rozrywek, jak i komunikatów medialnych.4 Takie powiązanie zdaje się być oczywiste dla ówczesnych obserwatorów życia społecznego. Zagadnienie to zostało później podjęte przez Sigfrieda Kracauera czy Waltera Benjamina.5 Ten ostatni posunął się jednak o krok dalej, widząc w ludzkim sensorium ogniwo łączące agresywną wrażeniowość nowoczesnego życia i sensacyjność nowoczesnej kultury popularnej. Na skutek pojawienia się nowego rodzaju bodźców zmianie ulec miał sam aparat percepcyjny człowieka.6 Zanurzenie jednostki w nowym środowisku, wypełnionym silnymi bodźcami, gwałtownymi zmianami i wszechobecnym zagrożeniem; spowodowało pojawienie się nowej jakości odbioru otoczenia, nowego ‘trybu percepcji’. Ten szlak rozumowania, zakładający zmiany percepcji w wymiarze diachronicznym, wynikające z przekształceń środowiska, Ben Singer nazywa tezą o ‘historii percepcji’.7 Taką zmienność można by rozumieć różnorako – począwszy od zmian o charakterze neurologicznym, poprzez aktywizację określonych kompetencji poznawczych, po najprostszą zmianę heurystyk postępowania i adaptację psychicznych nawyków do środowiska.8 Nawet akceptacja takiej tezy i przyjęcie, że mamy do czynienia z ‘przemianami aparatury psychicznej’, jakkolwiek rozumianymi, nie pozwala jeszcze na stwierdzenie odpowiedniości między właściwościami środowiska i cechami wytworów kulturowych, choć istnienie związków między produkcją symboliczną, a warunkami społeczno-kulturowymi, w których ona powstaje nie jest raczej problematyzowane. Niewątpliwie sensacyjność w prasie, nowe rodzaje stymulujących rozrywek, czy wreszcie kino, pojawiły się w podobnym okresie, odpowiadającym erupcji nowoczesnych przemian i ukształtowaniu nowego środowiska sensorycznego. Można się do nich odnieść jako noszących znamiona nowoczesności, jako będących jej nieodłączna częścią (zarówno odzwierciedlając, jak i wytwarzając określone fenomeny, choćby sensacyjną ekscytację).9 Niekoniecznie jednak pozostają one z nowoczesnością w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym.10 Wydaję się, że niekiedy najlepszym sprawdzianem dla hipotezy, jest ukazanie jak działa ona na peryferiach, w strefach granicznych obszaru, gdzie miała być aplikowana. Być może zasadnym jest spytać, jak wzmiankowane procesy i relacje przebiegały nie w sercu modernizującego się świata, nie w Nowym Jorku, Chicago czy Londynie. Zastanówmy się nad tym, czy nowoczesność w takim wydaniu ma charakter uniwersalny, czy w podobny sposób jest postrzegana i kulturowo przetwarzana, analogicznie wpływa na doświadczenie ludzi i kształt produkcji11 kulturowej. Być może pozwoli to dokładniej przyjrzeć się związkom przyczynowo-skutkowym, pozwoli prześledzić relacje pomiędzy nowym rodzajem miejskiej stymulacji, jego recepcją w mediach, takich jak prasa, i wielkomiejskimi rozrywkami wybieranymi przez mieszkańców nowoczesnego miasta. Ukaże dodatkowe zmienne, które zaburzają tak klarowne połączenie tych zjawisk, kreślone przez zachodnich teoretyków. Być może przypadek Łodzi wniesie coś nowego w te dociekania, okaże się stymulujący i ciekawy nie tylko dla sympatyków miasta.
Na ziemiach Środkowej Europy, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, można było śledzić dynamiczny rozwój miast, ich narastające zatłoczenie, wzmagający się ruch, hałas i zgiełk. Jednak w żadnym z miast tego regionu rozwój ten nie przybrał tak gwałtownej i spektakularnej formy jak w Łodzi. Jeszcze pod koniec XVIII wieku miasto to liczyło ok. 180 mieszkańców12 i groziło mu odebranie praw miejskich. Datą przełomową był rok 1821, kiedy Łódź uzyskała prawny status miasta fabrycznego, co zapoczątkowało błyskawiczny i intensywny rozwój miasta. Do Łodzi zaczęli licznie ściągać fachowcy – tkacze, farbiarze; nawet z tak odległych krajów jak Portugalia czy Irlandia. Szybko stało się jasnym, że miasto zostanie zdominowane przez cztery nacje: niemiecką, polską, rosyjską i żydowską. W kolejnych latach zagranicznych profesjonalistów zastąpili ubodzy chłopi, masowo przybywający do Łodzi w poszukiwaniu lepszych perspektyw w wyśnionej „ziemi obiecanej”. Skala zjawiska była unikatowa w całej Europie, w latach 1850 – 1900 liczba ludności w Łodzi zwiększyła się o 2006% (sic!), podczas gdy w Londynie o 192%, a Manchesterze, również przemysłowym centrum, o 557%.13 W przeciągu stulecia liczba ludności zwiększyła się w Łodzi 600-krotnie! W Stanach Zjednoczonych podwajała się „zaledwie” co dwadzieścia lat, w Łodzi - co dziesięć! Oczywiście spektakularność tych statystyk wynika z punktu startowego porównywanych miast, z drugiej strony gwałtowność zmian i intensywność ich odczuwania jest przez to nawet bardziej doniosła. Obezwładniająca intensywność i piorunująca szybkość przemian dodatkowo potęgowane były sposobem zabudowy miasta: w centrum budynki mieszkalne przeplatały się z przemysłowymi; stukot maszyn, chemiczne opary, gryzący dym, sadza wdzierały się do mieszkań, szkół i kościołów. Zabudowa była niezwykle zwarta, a w pojedynczych izbach tłoczyły się całe rodziny. W kulminacyjnym momencie - przed powiększeniem granic administracyjnych w 1906 roku; gęstość zaludnienia wynosiła 12 460 osób na km²!14 Mając do czynienia z tak gwałtowną przemianą małego, upadającego miasteczka w prężną przemysłową metropolię, można założyć, że jej mieszkańcy, głównie przybysze z sennych mieścin i zapadłych wiosek, zderzeni całą, ogromną siłą z natłokiem wrażeń, ruchem i zgiełkiem rozwijającej się Łodzi, odczuli z porównywalną intensywnością, co mieszkańcy Nowego Jorku; sensoryczny natłok wrażeń. Pytanie, na ile to zderzenie zaowocowało takimi samymi skutkami jak po drugiej stronie oceanu. Ruch uliczny w młodziutkim mieście mógł niejednego przyprawić o ból głowy. Może o tym zaświadczyć list prezydenta Łodzi z 1892 roku z prośbą o finansową pomoc - Piotrkowską, główną ulicę miasta, trzeba było remontować co najmniej raz w miesiącu. „Panuje tu [na Piotrkowskiej] stale dzień i w nocy bardzo ożywiony ruch wozów naładowanych ciężarami [...], jeżdżą także lekkie pasażerskie powozy i furmanki. Ogółem po jezdni przechodzi powyżej 20 tysięcy kół dziennie”.15 Towarzyszył temu przeraźliwy stukot, nie dziwi więc anegdota o wielkim łódzkim fabrykancie Izraelu Poznańskim, który ponoć podczas choroby kazał wysypywać ulice nieopodal swego pałacu słomą, by zyskać choć namiastkę ciszy. Tłok na drogach miał zostać nieco rozładowany wraz z pojawieniem się tramwajów. Dopiero w 1898 powstały pierwsze linie tramwajowe, ale od razu elektryczne (nawet w ówczesnej stolicy Królestwa Polskiego jeszcze przez 10 lat używano konnych). Wcześniej poza prywatnymi powozami istniały tylko dorożki, a większość robotników poruszała się po mieście, zajmującym prawie 3 tysiące hektarów, pieszo... W Łodzi nie było elektrowni, powstała więc specjalna elektrownia tramwajowa. Co ciekawe, tramwaje w dzień przewoziły pasażerów, a nocą gotowe produkty z fabryk i ciężkie ładunki. Ich pojawienie się na ulicach wymusiło także ustalenie pierwszych regulacji i przepisów ruchu drogowego. Prasa informowała na bieżąco, choć nie zawsze zgodnie z prawdą, o wszelkich rewelacjach związanych z budową nowego środka transportu. Jednak tym doniesieniom prasowym brak ekscytacji, budowania napięcia i szukania sensacji. W wigilię otwarcie pierwszej linii, Goniec Łódzki dopiero na trzeciej stronie odnotował: „Ruch pasażerski w tramwajach elektrycznych łódzkich rozpoczyna się jutro.”16 Pierwszego dnia funkcjonowania tramwajów informacje w prasie ograniczały się do notki: „Wagony tramwajowe przepełnione bywają pasażerami, którzy na każdej stacji staczają wojnę o miejsca wobec niezwykłego natłoku pasażerów.”17 czy „Amatorów znalazło się tak dużo, że wagony były przepełnione.”,18 później podsumowano „Wypadku żadnego nie było. Woźnice przyzwyczaili się już do ruchu wagonów tramwajowych i pilnuje się przepisowego porządku. Konie również już się oswoiły i nie trwożą jak dotąd.”.19 Pierwszy wypadek zdarzył się dopiero cztery dni po otwarciu, a pierwszy wypadek śmiertelny miał miejsce w lutym 1899 roku. Sytuację na drogach znacznie pogarszała ostra konkurencja dorożkarzy z tramwajami - odbywały się wyścigi po pasażerów, dorożkarze próbowali blokować tory, na przykład podkładając kamienie, co mogło spowodować nawet wykolejenie wagonów!20 Zderzenie starego i nowego porządku przybrało formę luddystycznej partyzantki. Prasowe doniesienia o wypadkach pozostały lakoniczne i rzeczowe, zazwyczaj umieszczone w dziele lokalnym, w ciągu notek o innych zdarzeniach. Podobnie rzecz ma się z doniesieniami o wypadkach przy pracy – których w fabrycznej Łodzi nie brakowało. Przykład z Gońca Łódzkiego 27 stycznia 1917 roku:
Wypadek: W środę na terytorium fabrycznym firmy Hugo Wulfsohn przy ul. Milionowej 10 kilku robotników zajętych było ładowaniem motoru, gdy jednemu z nich odmówiły siły, następstwa tego były straszne. Motor usuwając się, przygniótł trzy osoby, jeden robotnik znalazł śmierć na miejscu, drugi odniósł złamanie prawej nogi i został przez Pogotowie odwieziony do szpitala, trzeci otrzymał lżejsze obrażenia. Na miejsce wypadku przybyła komisja, która spisała protokół.
Ta minimalistyczna forma dziwi tym bardziej, iż w przemysłowej Łodzi prężnie rozwijał się ruch socjalistyczny – brak kontekstu ciemiężenia klasy robotniczej nie dziwi w przypadku prasy dofinansowanej przez fabrykantów, jednak w tytułach o profilu lewicowym opisy wypadków przy pracy, także nie zostają ani bardziej rozbudowane, ani połączone z wątkiem wyzysku. Wszystkie te zdarzenia, jak również upadki z wysokości, pożary fabryk, są podawane w jednym ciągu obok doniesień o kradzieżach, spotkaniach stowarzyszeń, atakach epileptycznych czy zasłabnięciach z głodu. Przymiotnik „straszliwy” można z równą łatwością znaleźć przy notce o zmiażdżeniu trzech osób przez maszynę, jak i o pokąsaniu dziecka przez wściekłego kota. Ton, w jakim gazety opisują pokusy i zagrożenia wielkomiejskiego życia jest dalece powściągliwy. Brak zarówno fascynacji nowinkami, jak i obsesyjnego lęku przed czyhającymi w mieście niebezpieczeństwami. Zbiorowa wyobraźnia nie ogniskuje się na fantazmacie morderczego tramwaju, nie ma fascynacji zbrodnią i wypadkami. Potrącenia, jeśli są relacjonowane, nawet z uwzględnieniem nielicznych szczegółów, to w tonie suchej, lakonicznej notki, schowanej gdzieś między doniesieniami z kas zapomogowo-pożyczkowych i przytułków dla biedoty. Nie występują ilustracje, zarówno para-dokumentalne, jak i satyryczne, w jakikolwiek sposób odnoszące się do omawianych wielkomiejskich fenomenów, można nawet powiedzieć, że jedyne elementy graficzne w gazetach to komunikaty reklamowe.21 Nie powstał więc wcale typ prasy sensacyjnej, ukazującej, potęgującej, ale i potępiającej natarczywość łódzkiej nowoczesności. Atak na zmysły przechodniów pozostaje gdzieś z boku, nie przyciągając uwagi prasy i emocji czytelników. Zaistniałe warunki zmysłowej (nad)stymulacji powinny znaleźć odbicie w ekspresji symbolicznej, tak się jednak nie stało. Być może zabrakło złaknionych sensacji czytelników, mogących stanowić klientelę wczesnych tabloidów. Na przełomie wieków w metropoliach zachodniej Europy i Ameryki upowszechniła się edukacja elementarna (w stanie Nowy Jork obowiązek szkolny wprowadzono mocą prawa już w 1874)22 i stopniowo wzrosła ilości czasu wolnego. Na czytelniczy rynek wkroczyły rzesze robotników (potem także niżej sytuowanych białych kołnierzyków) złaknionych sensacji odtwarzającej elementy ich codziennego życia, zmieniając diametralnie rynek prasowy. „Jako wielka rzesza tych, którzy posiedli umiejętność czytania, tłum usiłował uformować się w publiczność. Stał się zleceniodawcą” jak wyraził to Benjamin.23 Carskie władze tymczasem nie były specjalnie zainteresowane upowszechnianiem edukacji wśród polskich robotniczych dzieci. Wskaźniki analfabetyzmu w Kongresówce były jednymi z najwyższych w Europie. W 1897 roku 55% dorosłych mężczyzn było analfabetami (wśród kobiet wskaźnik ten był znacznie wyższy i sięgał 66%),24 i nie znaczy to wcale, że ci, którzy się w tej grupie nie znaleźli byli wstanie swobodnie i dla przyjemność posługiwać się słowem pisanym. Według szacunków opartych na danych z tego samego roku, 72% Łodzian można było zaliczyć do klasy robotniczej (chodzi o zatrudnionych w przemyśle i ich rodziny)25 i mogli oni stanowić czytelników sensacyjnej prasy. Między innymi z powodu nieumiejętności czytania (wskaźnik analfabetyzmu w tej grupie był zapewne jeszcze wyższy niż u ogółu ludności miasta) tak się nie stało. Problem pogłębiała słabo rozwinięta sieć szkół, niski wskaźnik skolaryzacji i jej niekorzystny rozkład narodowościowy. Do 1914 roku w Łodzi działało 101 szkół elementarnych w tym 27 polskich i 22 niemieckie.26 W tym czasie Niemcy stanowili zaledwie ok. 11,5% ludności miasta, a Polacy 51,4%.27 Sytuacja edukacyjna nie uległa znaczącej poprawie, aż do nastania II Rzeczypospolitej. Dopiero w 1919 roku wprowadzono na terenach Łodzi obowiązek szkolny, jego całkowitą realizację odraczając jednak na okres kilku lat, z powodu deficytu placówek edukacyjnych.28 Zainteresowania prasą i kulturą w ogóle, nie ułatwiały robotnikom bardzo trudne warunki życia. Na skutek niechęci władz carskich do rozszerzania granic miasta, w Łodzi brakowało terenów budowlanych, co skutkowało niezwykłym zagęszczeniem zabudowy. Czynsze były wysokie, a lokale małe – wielodzietne rodziny gnieździły się na poddaszach i w suterenach o bardzo niskim standardzie. Ponad połowa mieszkań jednoizbowych była zamieszkiwana przez ponad 5 osób.29 Warunków życia nie poprawiał z pewnością wspomniany już brak zróżnicowania funkcjonalnego dzielnic miasta i wymieszanie budynków mieszkalnych z przemysłowymi, owocujące hałasem, trującymi wyziewami i zanieczyszczeniem w miejscu zamieszkania. Nie dziwi więc większe zainteresowanie rozrywkami na wolnym powietrzu, w salach zabaw, ‘budach hecarskich’ czy później iluzjonach; jeżeli tylko się dało, przyjemnie było opuścić mało komfortowe lokum. Konglomerat tych czynników spowodował, że w Łodzi nie pojawił się masowy czytelnik prasy spragniony mocnych wrażeń. Bardzo długo polskojęzyczne gazety, nie tylko sensacyjne, ale jakiekolwiek, miały problem ze znalezieniem odbiorców. Po trzech latach działalności pierwsza łódzka gazeta codzienna, wydawane od 1863 roku Łódzkie Ogłoszenia - Łodźer Anzeiger (później Lodzer Zeitung) przestały być dwujęzyczna, i wydawca, Jan Petersilge, zrezygnował z części w języku polskim. Stale wydawany polskojęzyczny dziennik pojawił się dopiero w 1897 (Rozwój),30 i to w skromnym nakładzie 1200 egzemplarzy, kolportowanym głównie w formie prenumeraty.31 Słowo drukowane miało szersze oddziaływanie wśród lepiej wyedukowanej ludności niemieckiej,32 wśród polskojęzycznej gazety pozostały elitarne. Nie uległy pokusie rozemocjonowanego relacjonowania miejskich zdarzeń. Jedyny chyba przykład sensacyjnego tonu w polskojęzycznych tytułach, w okresie pojawienia się na ulicach miasta tramwajów elektrycznych, i konieczności przywyknięcie do nowego uczestnika miejskiego ruchu, pojawił się Gońcu Łódzkim z 31 grudzień 1898 (kilka dni po ruszeniu Kolei Elektrycznej Łódzkiej).
Wypadek: Jak na ołtarzu indyjskiego bóstwa, Łódź złożyła tramwajom już ofiarę z człowieka, który jak donosiliśmy spadł z rusztowania i uległ śmiertelnym obrażeniom. Obecnie, po otwarciu ruchu tramwajowego na dobre jeden z wagonów wybrał sobie ofiarę w towarze, wozie i potłuczonym koniu, jak to się stało w dniu wczorajszym przy ulicy Dzielnej.
Jest to bodaj jedyny raz, gdy podobne doniesienie wykracza poza ramy beznamiętnej relacji z zaszłych wydarzeń, pojawia się nawet nie pozbawione trwożnej atencji upersonifikowanie tramwaju. Nie obwinia się jednak tramwaju za zaistniałe nieszczęście.
Nieostrożny woźnica nie ustąpił elektrycznemu olbrzymowi, za co też srogą poniósł karę odrzucony z wozem i koniem na chodnik, gdzie też znalazły się rozbite skrzynie z towarem. Trudno winić tramwaj w danym wypadku obciążając go zarzutem nieostrożności, który całkowicie spływa na furmana.
Zaznaczone jest samozdystansowanie do pogoni za sensacja lubującej się w drobiazgowych opisach tragedii. Gazeta, choć świadoma nieuchronności niebezpiecznych zdarzeń z udziałem tramwajów i ich atrakcyjności dla gawiedzi, z pewną niechęcią odnosi się do rządnych wrażeń gapiów.
Wobec wąskich ulic i ożywionego ruchu wypadki powtarzać się będą częściej, jak to wreszcie było do przewidzenia. Miejmy zatem wszystkie widoki na dalsze bezpłatne przedstawienia, które zawsze sprowadzają tak liczną i chciwą tanich wrażeń publiczność.
Tę publiczność, a pamiętajmy, że spora część mieszkańców Łodzi mogła sobie pozwolić na skromne, dodatkowe wydatki, można było spotkać w ciasnych poczekalniach kin, bądź stłoczoną przy wziernikach panoram – czekającą na jaskrawe, migoczące obrazy, kolejny romans, kolejny pościg. Być może raczej chcącą oderwać się od codziennego życia, jednostajnego stukotu maszyn i fabrycznych kominów, niż złaknioną kolejnych intensywnych miejskich wrażeń.33 Szeroko rozumiana kultura musiała sprostać gustom szerszych warstw społeczeństwa. Łódź, której siła tkwiła przecież w ogromnym napływie imigrantów, na polu kultury odczuła ich obecność z równą mocą. Słaba miejscowa inteligencja, dodatkowo pozbawiona ciągłości historycznej, miała niewielki wpływ na procesy zachodzące w mieście. Potrzeby kulturalne Łodzian przez długi czas zaspokajały jarmarczne widowiska wraz z występami trup wędrownych – menażerie, zwierzyńce, panoptika, kosmoramy, panoramy czy cyrki pcheł.34 Teatry kukiełek, marionetek, gabinety figur woskowych przyciągały widzów prześcigając się w nowościach i udziwnieniach: woskowa Kleopatra, kąsana co kilka sekund przez mechaniczną żmiję, konkurowała z cielęciem o psich nogach.35 Ceny tych rozrywek oscylowały wokół kilku kopiejek. Od połowy XIX wieku zaczęły pojawiać się pierwsze teatry, varietes i ogródki rozrywkowe, gdzie gościły głównie komedie, melodramaty, wodewile czy operetki, rzadziej sztuki klasyczne. Popularne były tak zwane teatrzyki ogródkowe, z których największe triumfy święcił ogródek niejakiego Sellina, początkowo goszczący jarmarczne widowiska; niezbyt wysokich lotów, popularne jednak wśród gawiedzi wabionej reklamami i przystępną ceną.36 Z czasem teatrzyk zaczął wystawiać produkcje szansonistek, według relacji jednego z ówczesnych felietonistów, dwojakiego rodzaju:
...jedne śpiewają postępowe piosenki, kończąc każdą piosenkę gestem wymownym lub małpim grymasem, drugie śpiewają melancholijnie jak pasterki i wprawiają pewne owieczki w luby stan ogłupienia.37
Jeżeli już popularność zyskiwały jarmarczne spektakle ‘dramatyczne’, to nie ze względu na swoją treść, a na egzotykę, dynamizm, ruch, sensację.
...[oto tak] odegrano sztukę pt. Bitwa hindusów z białymi. Po trzecim dzwonku podniesiono zielone płótno. Scena zapełniła się ludźmi o twarzach poczernionych, wydającymi dzikie okrzyki. Na środek wystąpił starszy Indianin, odziany w czerwone trykoty, dał znak ręką, że chce mówić. Wszystko padło na twarz. Wódz indyjski rozpoczął mimiczną przemowę mlaskaniem języka, wykrzywianiem ust, przewracał oczyma, wydając od czasu do czasu nieludzkie głosy, na co cały tłum do wtóru ryczał, rzęził, a gawiedź ze śmiechu rwała boki ...38
Z przełomem wieków konkurencję dla tych różnorodnych masowych widowisk zaczęło stanowić kino. Pierwsze kinowe seanse pojawiły się w 1896 roku,39 początkowo w ekskluzywnym Helenowie, dla burżuazji i inteligencji. Frekwencję napędzały przychylne recenzje i reklamy w prasie: „Sensacyjne widowisko teraźniejszości, żywe fotografie Edisona w naturalnej wielkości”.40 Pierwsze kino powstało prawdopodobnie ok. roku 1899, warto odnotować, że w Warszawie dopiero w 1903, a Krakowie – 1906 roku!41 Pierwsze stałe kino – „Teatr żywych fotografii” braci Krzemińskich miało już zdecydowanie bardziej popularny charakter. Wraz ze spadkiem cen, kinowe seanse stały się przystępniejsze i zaczęły być rozrywką masową. Na początku widzów przyciągała magia nowości i zdumiewające ruchome obrazy, potem ciekawość i atrakcyjność poszczególnych tytułów. Upodobania kinowej publiczności w prostej linii wynikały z wcześniejszych gustów. Prosty, humor, wartka akcja i upodobanie do sensacji odcisnęły swoje piętno na doborze repertuaru proletariackich jarmarcznych teatrzyków, jak i pierwszych kin. Masowy odbiorca zmienił środek techniczny, ale treści przekazu zmieniać nie chciał. Treść filmów była przeważnie sensacyjna lub kryminalna. Repertuar, na który składały się początkowo nieskomplikowane produkcje (wjazd pociągu na stację, popisy na ślizgawce), z czasem o bardziej złożonej akcji („Historia pewnej zbrodni”, „Podróż na księżyc”); oddawał zainteresowania publiczności, przybywającej tak chętnie, że zmieniano go właściwie co tydzień. Warunki w iluzjonie nie były komfortowe. Do kina wchodziło się drzwiami, wychodziło zaś oknem przez podstawione krzesło, ze względu na publiczność, licznie gromadząca się przed wejściem w oczekiwaniu na następny seans.42 Do odwiedzenia kina nawoływano przed budynkiem, wywieszano afisze, a przed bramami fabryk rozdawano robotnikom ulotki.43 By przekaz uczynić bardziej przystępnym tzw. pyskacze komentowali w czasie rzeczywistym wyświetlane obrazy, objaśniając związki między rozwiązaniami formalnymi, a przebiegiem akcji.44 Wraz ze wzrostem liczby kin i popularności łódzkiej kinematografii zaczęto kręcić własne sensacyjne produkcje, tytuły „Wielki pożar fabryki Zilkego z udziałem wszystkich oddziałów straży ogniowej ochotniczej Scheiblera, Poznańskiego, Leonarda jak również miejskiej”(1908), „Bandyta Banaszczyk” (1911) mówią same za siebie. Dużą popularnością cieszyły się też melodramaty i komedie.45
Obraz Łódzkiej nowoczesności, jaki wyłania się z opisanych powyżej zjawisk, jest dalece odmienny od tego, który kreślą krytycy tamtego czasu z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, czy ich późniejsi kontynuatorzy, jak Ben Singer. Mimo olbrzymiej gwałtowności przemian, jakim przyszło stawić czoła mieszkańcom Łodzi, nie towarzyszyła im aż tak wyraźna reprezentacja symboliczna jak w epicentrum nowoczesności. Realne procesy były nawet bardziej ‘nowoczesne’ niż kultura je obrazująca. W żadnym wypadku nie był to ‘modernizm zacofania’ Marshalla Bermana.46 Nowoczesność nie została wprawdzie przetworzona w sposób podobny wielkim metropoliom Zachodu; gdzie próbowano
...uchwycić istotę tego powszechno-dziejowego procesu i przyswoić go ludzkości: przeobrazić chaotyczną energię przemian społeczno-gospodarczych w nowe formy znaczenia i piękna, wolności i solidarności; pomóc bliźnim (i sobie samym) stać się nie tylko przedmiotem, ale i podmiotem modernizacji.47
Jednak, podczas gdy w pozostałych częściach cesarstwa rosyjskiego, gdy już „dochodziło do modernizacji, przybierała ona rwaną, pokraczną, dziwacznie zniekształconą postać”48, łódzka nowoczesność dostarczała wystarczającej pożywki, i modernizm nie „musiał się karmić nie rzeczywistością społeczną, lecz fantazjami, mirażami, marzeniami”.49 Modernizm, mimo że nie musiał być artystycznym surogatem nowoczesnych przemian, ich substytucją symboliczną, na gruncie łódzkim zaistniał niezwykle słabo. Być może również dlatego, że w młodym przemysłowym mieście, zamieszkanym przez świeżo wzbogaconych fabrykantów i robotników, po prostu nie było środowiska mogącego zrodzić łódzki modernizm na polu sztuki, w jakiejkolwiek postaci. Zaistniał benjaminowski ‘prafenomen’ ekonomicznej modernizacji i kapitalizmu, nie ‘przejawił się’ jednak we ‘właściwej mu kulturze’.50 Chciałoby się powiedzieć, że sen przejedzonego człowieka nie ‘był wyrazem’ stanu sytości, ale ropni na nogach.51 Możemy raczej mówić o modernizmie peryferii. Łódzka nowoczesność wystąpiła w całej swej krwistej substancji, ale okoliczności wycięły niektóre tony z barwnego spektrum jej korelatów. Infrastruktura i ludzkie nawyki nie nadążały za zmianami. W 1929 w ponad 500 tysięcznym mieście było 331 km ulic, w tym ⅓ niebrukowana, reszta w większości wyłożona kocimi łbami, w sumie niecałe 10 km utwardzone różnego rodzaju kostką lub asfaltem(1,4km!).52 Powszechne było utrzymywanie w mieszkaniach zwierząt gospodarskich, przywiezionych jeszcze ze wsi. Łódzcy robotnicy wkroczyli na rynek masowej konsumpcji dóbr kultury niejako upośledzeni. Udział w popularnej kulturze nie mógł być pełny, bez znajomości słowa pisanego, która przyszła dopiero później. Taki odbiorca nie wpływał w znaczącym stopniu na rozwój prasy, nie powstały więc sensacyjne, ilustrowane tytuły. Brał natomiast udział w rozlicznych miejskich rozrywkach, które swoimi preferencjami kształtował – jarmarcznych hecach, a potem popularnych seansach kinowych. Długo jeszcze żywa była świadomość własnej odmienności od wielkich metropolii, zdawano sobie też sprawę z tego jak wiele czasu musi upłynąć by różnicę te zniwelować, a Łódź uczynić harmonijnie nowoczesnym miastem...
|
Podziel się tą informacją:
|