 |
| EC1 przed rewitalizacją |
Przyjeżdżamy do samego centrum miasta szybką koleją, wysiadamy z podziemnego, dworca nieingerującego w tkankę miejską. Trafiamy na nowy Rynek Kobro, z którego odchodzą cztery uliczki – Polska, Niemiecka, Rosyjską i Żydowska. Zaledwie kilka kroków dzieli nas od Specjalnej Strefy Kultury – wielkiej tuby Specjalnej Strefy Sztuki, centrum edukacyjno-rozrywkowego Energopolis, czyli zrewitalizowanej elektrociepłownia EC1, oraz centrum kongresowo-festiwalowego (przedmiotu niedawnych sporów między władzami miasta a Markiem Żydowiczem). Cały układ przestrzenny jest firmowany przez Roba Kriera, co musi zagwarantować nam dobre samopoczucie, o które zresztą nie będzie trudno, jeśli do wyboru mamy liczne atrakcje kulturalne, punkty usługowe, przyjazne przestrzenie, a nawet nieco zieleni. Tak za kilkanaście lat ma wyglądać centrum Łodzi. To znaczy Nowe Centrum Łodzi kilka przecznic na wschód od ulicy Piotrkowskiej uznawanej obecnie za (lekko niewydolne) serce miasta. Jak możemy przeczytać w większości materiałów poświęconych projektowi: „celem programu Nowe Centrum Łodzi jest gospodarcze i społeczne ożywienie śródmiejskiej części miasta, wykreowanie nowego, funkcjonalnego centrum miasta z wieloma przestrzeniami publicznymi oraz przekształcenie Łodzi w atrakcyjną metropolię - poprzez ciekawą architekturę, przyciągające wydarzenia kulturalne, rozmaite usługi i dostępność komunikacyjną.” Co się stało, iż zwyczajne miasto, o wyrazistej historii i unikalnej tkance urbanistycznej poczuło potrzebę „stworzenia się“ od nowa? Z pewnością istotny jest tu brak zrozumienia dla dziedzictwa rewolucji przemysłowej. Niewątpliwie romański kościół czy renesansowa kamienica są uprawomocnionym dziedzictwem miejsca i elementami, na których mocno można oprzeć zabiegi tożsamościowe. Inaczej jednak jest z dziedzictwem nie tak dobrze legitymizowanym kilkusetletnią tradycją czy łatwo rozpoznawalną kategorią symboliczną – architekturą przemysłową. Najbliższa współczesności i nowoczesnej kondycji człowieka, przez lata funkcjonowała jako wielki nieobecny dyskursów historycznych. Była dziedzictwem nawet nie odrzuconym, bo takie trzeba dostrzec, ale nieuświadomionym. Kultura nie mogąca rozpoznać samej siebie we własnych tworach może jedynie przerażać, bądź budzić litość. W Europie stosunkowo mało jest miast, których tożsamość nie jest osadzona głęboko i bezpiecznie w mrokach średniowiecznej albo starożytnej tradycji i wiąże się z czymś tak niedawnym jak rewolucja przemysłowa. Takim miejscem jest Łódź, nieodrodne dziecko uprzemysłowienia, gwałtownej modernizacji i drapieżnej konkurencji. Historia uświadamiania sobie własnej wartości i potencjału, odkrywania dziedzictwa i tożsamości jest w jej przypadku historią na poły tragiczną, choć wciąż niedokończoną. Aby zrozumieć to, co dzieje się w Łodzi podczas kolejnych batalii o burzone fabryki, kolejnych niewyraźnych kampanii promocyjnych, a przede wszystkim podczas przygotowań do bezprecedensowej przebudowy centrum miasta, należy przenieść się na moment na początek XIX w., kiedy w następstwie uzyskania prawnego statusu miasta fabrycznego upadające miasteczko w ciągu kilkudziesięciu lat zmieniło się w przemysłową metropolię. Wielki handel i wielki przemysł zrodziły unikalną robotniczą kulturę, wolnorynkowe warunki agresywnej konkurencji wzmagały z jednej strony pokłady kreatywności i przedsiębiorczości (jakże pożądane figury naszych czasów!), z drugiej Łódź była prężnym ośrodkiem robotniczych ruchów, których waga i zasługi są do dziś niepokojąco pomijane. Po pierwsze, ówczesna Łódź jest prawdopodobnie jednym z nielicznych miejsc na terenach polskich, nie pozostającym w tyle za światową awangardą. Dzięki Łodzi byliśmy częścią ogólnoświatowych przemian. Choć w nieco peryferyjnej formie, jednak na bieżąco uczestniczyliśmy w tworzeniu nowoczesności. Jest to pierwsza silna dystynkcja odróżniająca Łódź zarówno od szlacheckich tęsknot do sielskiej Polski dworkowej, jak i innych miast – o średniowiecznych korzeniach, mieszczańskiej kulturze i silnej warstwie inteligencji. Po drugie – Łódź staje się miastem złym i obcym. „Kto z Łodzi pochodzi, ten sam sobie szkodzi” głosi mądrość ludowa – być może jej brzmienie nie jest przypadkowe, i to właśnie na obrzeżach języka mówionego doskonale odbił się wizerunek i stosunek do miasta. Łódź bowiem od zawsze zdawała się mieć problemy z wizerunkiem i samookreśleniem. Charakterystyczna dla niej drapieżność i dynamika kłóciła się z się ze statecznym splendorem mieszczańskiego Krakowa czy Lwowa, miast „typowo” polskich. Łódź jest obca także z innych powodów– z jednej strony są to wielokulturowość i wieloetniczność młodego miasta: dodatkowo wzmacniane, tym, iż dwa narody tworzące je w największej mierze – Niemcy i Żydzi, funkcjonują w ówczesnej świadomości jako nacje najbardziej „inne” i wrogie wśród wszystkich przelewających się przez polskie ziemie narodowości. Z drugiej, jest to robotnicza kultura i właściwie zupełny brak inteligencji. Największe poza Warszawą, miasto II Rzeczpospolitej na polu edukacji doczekało się jedynie oddziału Wolnej Wszechnicy, a pierwszą uczelnię wyższą założono dopiero po II wojnie światowej. Do tego czasu Łódź mogła walczyć o pierwsze miejsca raczej wskaźnikiem analfabetyzmu społeczeństwa czy niskiej skolaryzacji. Za dobrze oddającą ówczesne realia niech posłuży zbiór felietonów Zygmunta Nowakowskiego Geografie serdeczna, gdzie zaleca swoim czytelnikom na wycieczkę po Łodzi zabrać rozmówki polsko-łódzkie, choć lepiej – przekonuje – nie przyjeżdżać wcale – tego typu dyskurs pisania o mieście jest dość częsty.1 Łódź jest więc zła, brzydka, niebezpieczna i biedna. Nie jest polska i patriotyczna, nie ma nic wspólnego z sielskim dworkiem – ostoją polskiej tożsamości, nie wytwarza własnej kultury, a jedynie niskie rozrywki miejskie i robotnicze. Doskonale pełni figurę obcego – narodowo i klasowo, umacniając polską tożsamość i samozadowolenie. Po II wojnie światowej było już tylko gorzej, w wyniku wojny miasto traci 80% ludności, obie narodowości tworzące Łódź – choć z tak diametralnie różnych przyczyn – zostają na zawsze usunięte z jej rzeczywistości. Przemysł staje się kluczowym elementem retoryki PRL, odżegnując się wyraźnie od burżuazyjnego dorobku i przedwojennych tradycji robotniczych. Fabryki raz jeszcze stają się przestrzenią ucisku, już nie w postaci kapitalistycznego wyzysku i zawłaszczania wartości dodatkowej, ale wszechwładnej ideologii przystrojonej hasłami nadziei i wyzwolenia. Łódź jest obca dla innych i sama dla siebie. Cały czas trwa symboliczna walka o pamięć miejsca i poczucie przynależności, a przez to o dumę i godność mieszkańców oraz komfort życia w miejscu, o które się dba i ceni. Oczywistym elementem-kluczem, który ma jasno określać lokalną tożsamość jest właśnie przemysłowa przeszłość miasta. Przeszłość unikalna i ważna. Jakość życia w mieście, perspektywy jakie oferuje, od możliwości transportowych po ofertę kulturalną, są oczywiście kluczowymi elementami poczucia zadowolenia, a w konsekwencji więzi z miejscem. Jednak problem rozgrywa się na trochę innej płaszczyźnie. Tożsamość miasta musi być zakorzeniona w materialności – budynki, mała architektura, układ ulic to polis, jednak walka o rząd dusz toczy się na poziomie niematerialnym (czyli metapolis), a więc codziennych doświadczeń i praktyk miejskich, percepcji materialności i tworzonych wyobrażeń „można powiedzieć, że tożsamość tworzy się poprzez wieczne ścieranie 'polis' z 'metapolis'”2. A polis Łódź ma doskonałe, czytelne i wyjątkowe. Uwarunkowania łódzkiej tożsamości niosą więc w swoistym pakiecie problem i jego rozwiązanie: imigracyjna przeszłość, brak ciągłości kulturowej i słabo wykrystalizowane założycielskie mity z jednej, a unikalna pozytywistyczna i robotnicza tradycja z drugiej. Pierwszym krokiem jest więc zrozumienie, iż prosty układ ulic, szare od dawanych dymów kamienice i goła cegła nie wzięły się z niczego, nie są ujmą w stosunku do biszkoptowych pałacyków i brukowanych rynków. „Należąc do ostatniego ogniwa ewolucyjnego rozwoju miast europejskich [Łódź – przyp.AZ], ma w sobie wykształcone wszystkie elementy przestrzeni miejskiej potrzebne dla „miejskiego” życia społeczności. Ma czytelne i ugruntowane w świadomości każdego uczestnika rozwiniętej tzw. cywilizacji globalnej kody i znaczenia”3. Łodzian trzeba nauczyć czytać własne miasto, poprzez zrozumienie – docenić. Bez umiejętności szerokiego spojrzenia na miasto, jako ludzie znikąd, mieszkańcy zgadzają się na powolną degradację miasta. Drugim krokiem, podejmowanym samoistnie, jest budowa dumy, poczucia bezpieczeństwa i więzi z miejscem, silnie oparta na świadomości jego istoty, zarówno walorów, jak i niedostatków. Świadomości, możliwie egalitarnej i inkluzywnej, a nie dostępnej jedynie wykształconym przedstawicielom elit i pasjonatów. Wreszcie, trzecim krokiem jest walka także na poziomie ponadlokalnym. Pokazanie na zewnątrz ogromnego potencjału miasta. Należy podjąć walkę o przedefiniowanie obowiązującej estetyki, rezygnując z łatwych zachwytów nad wąskimi uliczkami średniowiecznych miasteczek. Łódź to nie jest łatwa miłość, co nie znaczy że nie jest piękna i trwała. Tymczasem, remedium na łódzkie bolączki stał się projekt Nowego Centrum Łodzi. W konsekwencji budowy podziemnego dworca w centrum miasta pozostanie obszar 90h niemalże w całości niezagospodarowany. Rzeczywiście, nie zdarza się się często, aby budować od nowa tak duży fragment w środku miasta, zdarza się jeszcze rzadziej, aby przy takiej okazji od nowa ustanawiać jego tożsamość. Projekt NCŁ stawia sobie niełatwe cele tworzenie nowych przestrzeni publicznych, łączenia ich z już istniejącymi, budowania wyraźnej struktury miejskiej opartej na centrum, a także budowy struktury w sferze symbolicznej: skonstruowania wiążącej miejskiej narracji, mogącej trwale budować lokalną tożsamość. Konstelacja wykorzystywanych haseł jest w niezwykle szeroka. Idea Nowego Centrum Łodzi wykorzystuje większość najważniejszych figur występujących już wcześniej, próbując osadzić się jak najgłębiej w niesionym kapitale symbolicznym – pojawia się Łódź awangardowa – komponent eksponowany coraz częściej przy projekcie ubiegania się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, ponownie odwołująca się do dynamicznej historii; Łódź wielokulturowa a także filmowa. Bez trudu można także dostrzec próbę włączenia się w pozostałe współczesne narracje jak ulica Piotrkowska – symbol Łodzi (dowartościowanie ulicy, podkreślanie ciągłości przestrzeni publicznej przez połączenie z Nowym Centrum, nie realnego zagrożenia jej dalszego wyludniania, ale szansy na ożywienie i synergiczny rozwój), Łódź festiwalowa i Łódź kulturalna są wielkimi kwantyfikatorami projektu. Brakuje chyba tylko „Łodzi – miasta innowacji” i „Łodzi akademickiej”, aby w jednym miejscu znalazły się wszystkie najważniejsze hasła, na bazie których próbowano budować wizerunek miasta w ciągu ostatnich lat. Projekt niesie nadzieję na ich uspójnienie i wzajemne wzmacnianie z jednej strony, ale z drugiej także nieuniknione ryzyko tworzenia pustych konstruktów, których nieprzystawalność do rzeczywistości może przełożyć się na funkcjonowanie samego projektu jako placeless place, czyli niezakorzenionej przestrzeni, będącej reprodukują innego miejsca czy jego wyobrażenia4. Opisywane zjawisko wiązane jest z rozwijającym się przemysłem wytwarzania lokalności, nastawienia na powierzchowny, acz intensywny odbiór wrażeń i przeżyć. Disnejowskie wizje architektury, znamionujące jednocześnie jej kryzys, sztucznie wzmacniają pozornie indywidualny charakter miejsc. Sztucznie kreują ich magię poprzez wyidealizowane formy rzeczywistości, które de facto są jej bezpiecznym substytutem – bez brudu, wilgoci i bezdomnych. Ryzyko zaklinania przestrzeni, tworząc arbitralnie Rynek, Bramę miasta i opakowując całość wyraźnymi, chwytliwymi znaczeniami jest duże. Gra o autentyczność będzie toczyć się w głowach ludzi, na tyle na ile proponowane konstrukty zostaną przyswojone (czy zawłaszczone w najlepszym z sensów tego słowa) przez mieszkańców i przyjezdnych, na ile zaczną pracować – będą przetwarzane, używane i redefiniowane; na tyle zyskają na wiarygodności i nabiorą treści. Być może w tym miejscu słabość Łodzi staje się jej siłą. Działając zgodnie z eksperymentalną logiką „im gorzej tym lepiej”, możemy się przekonać, iż nie dość, że taki śmiały zabieg może się powieść, to także, że jest najlepszym sposobem na konstruowanie tożsamości w dzisiejszych czasach. Tereny przyszłego centrum Łodzi, nie są obciążone taką ilością znaczeń wymuszających (przynajmniej idealnie) odpowiedzialność za miejsce jak Księży Młyn czy Piotrkowska. Można więc śmiało puścić wodze fantazji i eksperymentować. Projekt jest bez wątpienia ogromną szansą dla Łodzi, ale także wielkim wyzwaniem. Nikt jednak nie zapowiadał, że będzie łatwo – działanie na tak wrażliwej materii, jaką jest żywa tkanka miasta, tożsamość i pamięć jego mieszkańców, musi być podejmowane z rozwagą i wyobraźnią jednocześnie. Czas pokaże, jakie naprawdę będą jej skutki. Rewitalizacja elektrociepłowni EC1, stanowiąc pomost między futurystycznymi wizjami nowego rynku a historyczną tkanką miejską najbardziej osadza projekt Nowego Centrum Łodzi w lokalnym kontekście. Jest swoistym wytrychem umożliwiającym legitymizację śmiałych wizji oraz wykorzystanie kapitału symbolicznego gromadzącego się wokół postulatu ratowania dziedzictwa przemysłowego. Jednak, jakby nie było, Nowe Centrum Łodzi jest nowe, a więc siłą rzeczy ingeruje w istniejący układ urbanistyczny. Łódź nie bez przyczyny nie posiadała tradycyjnego rynku ani wjazdowych bram do miasta. Sam pomysł stworzenia nowego centrum jest być może symptomem problemów, które trapią Łódź.– zagubienia tożsamości i nieuświadamiania wartości dziedzictwa własnej historii. W tym świetle powstanie projektu odzwierciedla palące potrzeby lokalnej społeczności, decydentów, a po części elity symbolicznej, potrzeby skonstruowania nowej przestrzeni, a zwłaszcza narracji o mieście, nawet kosztem utraty autentyczności i zerwania z istniejącymi strukturami urbanistycznymi. Rzeczywiście rozmiar obszaru, który będzie wymagał przebudowy sprzyja snuciu fantastycznych i pełnych rozmachu wizji. Ale czy potrzebne jest tworzenie narracji zrywającej z symbolicznym dziedzictwem miasta, którym zdecydowanie bardziej jest rewolucja przemysłowa niż wielokulturowość? Przecież podobne elementy projektu, ujęte w inną opowieść, mogłyby skutecznie funkcjonować nie uzurpując sobie miana centrum miasta. Kiedy turysta zapyta w Łodzi „Gdzie jest centrum?”, co mu odpowiedzieć? Czy skierować na komercyjny rynek Manufaktury, na ulicę Piotrkowską (przy Placu Wolności, Centralu czy może w okolicach Pasażu Rubinsteina) czy projektowany Rynek Kobro?
|